"It's difficult to admit the obvious"
political world

Żydokomuna vs. Żydzi

jan marek chodakiewicz|Monday, September 25, 2017

Źle się dzieje w państwie izraelskim. I na świecie źle się dzieje Żydom normalnym. Mój kolega Joshua Muravchik napisał książkę „Making David into Goliath: How the World Turned Against Israel” (Encounter Books, New York and London, 2014). Koncentruje się ona na współczesnych zagadnieniach polityki zagranicznej i ukazuje jej złożoność (to, jak operuje na kilku poziomach, głównie dyplomatycznym i propagandowym). Wymiar propagandowy ma wielki wpływ na zmiany w opinii publicznej, która początkowo bardzo przychylna Izraelowi, stopniowo ewoluowała w stronę wrogości.

Państwo żydowskie ma w związku z tym wielkie kłopoty. Muravchik opisuje np., jak południowoafrykański sędzia żydowskiego pochodzenia, Richard Goldstone, na forum ONZ „oskarżył Izrael o »zbrodnie przeciw ludzkości«” w 2009 roku. Żydzi antyizraelscy
Generalnie Muravchik koncentruje się na zachodniej i tzw. trzecioświatowej opinii, ale od czasu do czasu przywołuje głosy krytyczne samych Żydów wobec Izraela – zarówno tych, którzy tam mieszkają, jak i z diaspory. W bardzo sprytny sposób odniósł się do tego zagadnienia Edward Aexander w pracy „Jews Against Themselves” (Transactions, New Brunswick, NJ, 2015). Pisze o „żydowskiej samonienawiści”, a wywodzi ją od czasów średniowiecza, gdy Żydzi przechodzili na chrześcijaństwo i stawali się filarami Kościoła, choćby Świętej Inkwizycji (np. Torquemada). I do tych neofitów porównuje obecnych żydowskich krytyków Izraela i syjonizmu. Wypunktowuje antyizraelskich Żydów, takich jak George Soros, Noam Chomsky czy Michael Lerner (guru Hillary Clinton), wskazując, że to są po prostu postnowocześni żydowscy apostaci. Chyba najgłośniejszy z apostatów to Shlomo Sand. W książce „The Invention of the Jewish People” (Verso, New York and London, 2009) autor postmodernistycznie twierdzi, że Żydzi jako naród po prostu zostali wymyśleni przez syjonistów w XIX wieku. Jest to przerzucona na Żydów i Izrael stara teza stalinisty Erica Hobsbawma. Rozwinął ją na przykład w „The Invention of Tradition” (Cambridge University Press, Cambridge, 1983), współredagowanej wraz z Terence’em Rangerem. Podobnie pisał Benedict Arnold w książce „Imagined Communities: Reflections on the Origin and Spread of Nationalism” (Verso, London, 1991), którą zresztą recenzowałem w „NCz!”. Nikomu nie śniło się, że opluwanie tradycji i narodu w tak ekstremalnej formie negacjonizmu historycznego przeniesie się na samych Żydów. A przecież jest to logiczne. Lewactwo nigdy nie spocznie. Nie zna świętości.
W stosunku do syjonizmu i Izraela zjawisko wrogości istnieje zresztą od dawna. Przeciwni powstaniu i egzystencji Państwa Izrael były i są niektóre odłamy judaistycznych ultraortodoksów – bowiem państwo ma powstać dopiero wtedy, gdy objawi się ich mesjasz. Czyli obecny Izrael dla nich to bluźnierstwo. Na lewicy też bardzo wielu negowało syjonizm, na przykład marksistowscy bundowcy czy żydowscy komuniści (z wyjątkiem okresu gdy Stalinowi było wygodnie tworzyć i popierać Izrael, bo wyobrażał go sobie jako konia trojańskiego Związku Sowieckiego na Bliskim Wschodzie). Generalnie jednak przez długi czas lewicowi syjoniści stanowili większość. Mniejszością byli liberalni syjoniści (Gordonia), centroprawica religijnych syjonistów (Mizrachi) oraz narodowi radykałowie (syjoniści-rewizjoniści) – najtwardsi ze wszystkich. Teraz jednak wzrasta zjawisko narodowych judaistów, narodowców radykalnych o głębokiej wierze religijnej, o czym pisałem jakiś czas temu w „NCz!”. Na dwóch biegunach
W Izraelu od dawna wyczuwa się ostrą polaryzację. Mówiąc w sposób uproszczony: po jednej stronie są „prawdziwi Żydzi”, a po drugiej „żydokomuna”. Laiccy radykalni nacjonaliści, konserwatyści, narodowcy religijni i inni stoją po jednej stronie. Po drugiej są rozmaici komuniści, lewicowcy różnej maści, socjalliberałowie, alterglobaliści i temu podobni. Ci pierwsi chcą powiększyć, a przynajmniej utrzymać Erec Israel w obecnych granicach. Ci drudzy chcą całkiem zmienić formułę syjonistyczną. Duża część chce „ziemi za pokój” (land for peace), to jest oddać terytoria zdobyte po wojnie sześciodniowej (w 1967 r.), a niektórzy nawet w ogóle wszystko, co zostało zdobyte po ustanowieniu Izraela w 1948 roku. Inni chcieliby stać się prowincją Unii Europejskiej. Jeszcze inni chcieliby kondominium żydowsko-arabskiego, czyli państwa dwunarodowego. Najbardziej ekstremalni chcieliby zlikwidować Państwo Izrael. Według tego scenariusza, Żydzi staliby się mniejszością w palestyńskim państwie arabskim. Część wyemigrowałaby. I problem skończony – przynajmniej w teorii. Sojusznicy żydokomuny
W narrację tę wpisuje się też część radykalnych nacjonalistów na Zachodzie. British National Party od dawna była antyizraelska. Francuski GUD (Groupe Union Droit – Groupe Union Défense) też. W Polsce ostatnio „NOP-ki” odkryły sprawę palestyńską, głównie – jak się wydaje – aby dokopać Żydom, a nie po to, aby ukochać Arabów, choć powiewali palestyńskimi flagami, co skrupulatnie odnotowała Jewish Telegraphic Agency (12 stycznia 2016 r.). Rozmaici trockiści, alterglobaliści i inni traktują sprawę w inny sposób. Otóż w ich świecie należy popierać każdego „prześladowanego” (oppressed). I w ten sposób na przykład Palestyńczycy stali się proletariatem zastępczym – jak „wesołkowie” czy kobiety. A ponieważ Arabowie generalnie różnią się wyglądem od Europejczyków, stają się tym bardziej prześladowani i godni uwagi, a ich „prześladowcy” w tej narracji stają się białymi imperialistami, kapitalistami, krwiopijcami, nacjonalistami i – naturalnie – rasistami. O słuszności takiej analizy utwierdzają świat cały izraelscy lewacy. Wystarczy przejrzeć lewacki „Haaretz”, izraelską agendę „The New York Times”. Israel Has Always Been Xenophobic, It Just Used to Be Better at Hiding It – „Izrael zawsze był ksenofobiczny, ale niegdyś lepiej to ukrywał” – donosił Gideon Levy (3 stycznia 2016 r.). Lewacki politolog z Uniwersytetu Hebrajskiego określił izraelską minister sprawiedliwości jako „neonazistowskiego chama” (neo-Nazi scum). Dr. Ofer Cassif utrzymuje, że „słuszne jest porównywanie Izraela do Niemiec w latach trzydziestych” (it’s fair to compare Israel to Germany in the 1930s. – „Haaretz”, 28 grudnia 2015 r.). Przyrównywanie syjonistów do niemieckich narodowych socjalistów jest nagminne w zachodniej Europie. Na przykład podczas demonstracji w Sztokholmie w styczniu 2009 roku niesiono nawet flagę Izraela z wymalowaną na niej swastyką. A przyzwolenie idzie od „żydokomuny”. Niektórzy jej przedstawiciele aktywnie przyłączają się do działań antyizraelskich. Oskarżają Izrael – jak nie o nazizm, to o apartheid. Na przykład profesorowie Steven Levitsky and Glen Weyl otwarcie stwierdzili: „Jesteśmy dozgonnymi syjonistami. Oto dlaczego zdecydowaliśmy się bojkotować Izrael” (We are lifelong Zionists. Here’s why we’ve chosen to boycott Israel – „The Washington Post”, 23 października 2015 r.). Na dwóch biegunach
W Izraelu od dawna wyczuwa się ostrą polaryzację. Mówiąc w sposób uproszczony: po jednej stronie są „prawdziwi Żydzi”, a po drugiej „żydokomuna”. Laiccy radykalni nacjonaliści, konserwatyści, narodowcy religijni i inni stoją po jednej stronie. Po drugiej są rozmaici komuniści, lewicowcy różnej maści, socjalliberałowie, alterglobaliści i temu podobni. Ci pierwsi chcą powiększyć, a przynajmniej utrzymać Erec Israel w obecnych granicach. Ci drudzy chcą całkiem zmienić formułę syjonistyczną. Duża część chce „ziemi za pokój” (land for peace), to jest oddać terytoria zdobyte po wojnie sześciodniowej (w 1967 r.), a niektórzy nawet w ogóle wszystko, co zostało zdobyte po ustanowieniu Izraela w 1948 roku. Inni chcieliby stać się prowincją Unii Europejskiej. Jeszcze inni chcieliby kondominium żydowsko-arabskiego, czyli państwa dwunarodowego. Najbardziej ekstremalni chcieliby zlikwidować Państwo Izrael. Według tego scenariusza, Żydzi staliby się mniejszością w palestyńskim państwie arabskim. Część wyemigrowałaby. I problem skończony – przynajmniej w teorii. Sojusznicy żydokomuny
W narrację tę wpisuje się też część radykalnych nacjonalistów na Zachodzie. British National Party od dawna była antyizraelska. Francuski GUD (Groupe Union Droit – Groupe Union Défense) też. W Polsce ostatnio „NOP-ki” odkryły sprawę palestyńską, głównie – jak się wydaje – aby dokopać Żydom, a nie po to, aby ukochać Arabów, choć powiewali palestyńskimi flagami, co skrupulatnie odnotowała Jewish Telegraphic Agency (12 stycznia 2016 r.). Rozmaici trockiści, alterglobaliści i inni traktują sprawę w inny sposób. Otóż w ich świecie należy popierać każdego „prześladowanego” (oppressed). I w ten sposób na przykład Palestyńczycy stali się proletariatem zastępczym – jak „wesołkowie” czy kobiety. A ponieważ Arabowie generalnie różnią się wyglądem od Europejczyków, stają się tym bardziej prześladowani i godni uwagi, a ich „prześladowcy” w tej narracji stają się białymi imperialistami, kapitalistami, krwiopijcami, nacjonalistami i – naturalnie – rasistami. O słuszności takiej analizy utwierdzają świat cały izraelscy lewacy. Wystarczy przejrzeć lewacki „Haaretz”, izraelską agendę „The New York Times”. Israel Has Always Been Xenophobic, It Just Used to Be Better at Hiding It – „Izrael zawsze był ksenofobiczny, ale niegdyś lepiej to ukrywał” – donosił Gideon Levy (3 stycznia 2016 r.). Lewacki politolog z Uniwersytetu Hebrajskiego określił izraelską minister sprawiedliwości jako „neonazistowskiego chama” (neo-Nazi scum). Dr. Ofer Cassif utrzymuje, że „słuszne jest porównywanie Izraela do Niemiec w latach trzydziestych” (it’s fair to compare Israel to Germany in the 1930s. – „Haaretz”, 28 grudnia 2015 r.). Przyrównywanie syjonistów do niemieckich narodowych socjalistów jest nagminne w zachodniej Europie. Na przykład podczas demonstracji w Sztokholmie w styczniu 2009 roku niesiono nawet flagę Izraela z wymalowaną na niej swastyką. A przyzwolenie idzie od „żydokomuny”. Niektórzy jej przedstawiciele aktywnie przyłączają się do działań antyizraelskich. Oskarżają Izrael – jak nie o nazizm, to o apartheid. Na przykład profesorowie Steven Levitsky and Glen Weyl otwarcie stwierdzili: „Jesteśmy dozgonnymi syjonistami. Oto dlaczego zdecydowaliśmy się bojkotować Izrael” (We are lifelong Zionists. Here’s why we’ve chosen to boycott Israel – „The Washington Post”, 23 października 2015 r.). Nota bene Levitsky specjalizuje się w systemach autorytarnych, czyli „fałszywych demokracjach”, gdzie mimo głosowania ta sama partia pozostaje u władzy, pod co naturalnie podpadają u niego Węgry. Weyl natomiast zasłynął jako twórca quadrating voting – systemu, według którego głos LGBT liczyłby się bardziej niż heteryków w takich sprawach jak referendum o „wesołkowatych małżeństwach” (zob. „Pacific Standard”, 11 kwietnia 2014, http://tiny.pl/gt1pd). Międzynarodówka postproletariuszy
W tym to kontekście w USA wzbiera na sile ruch domagający się, aby uniwersytety wycofały swoje inwestycje z izraelskich firm. Zaczyna się naturalnie od postulatów, aby wziąć na celownik przedsiębiorstwa, które robią interesy na „terytoriach okupowanych”, czyli palestyńskich. Ale do tego podłącza się też inne przedsięwzięcia antyizraelskie: bojkot i sankcje. Stąd BDS movement (Boycott, Divestment, Sanctions – Bojkot, Wycofanie Inwestycji, Sankcje). Jak podał David Berstein w „The Times of Israel” (4 stycznia 2016 r.), BDS jest częścią szerokiej lewackiej koalicji opartej na idei „nakładania się” (intersectionality – od ang. intersection – krzyżowanie; nurt ideowy podkreślający znaczenie krzyżowania się różnych czynników – np. płci, rasy, orientacji – wzmacniających dyskryminację grup i jednostek). Lewacy sprzeciwiają się wszelkim prześladowaniom: rasizmowi, seksizmowi, podziałom klasowym, wykluczeniu przez niepełnosprawność itp. Według tej ideologii, „transcendentalna, biała, męska, heteroseksualna struktura władzy krzywdzi grupy zmarginalizowane. Zjednoczenie grup prześladowanych. wzmocni je wobec dominującej struktury władzy”. Izrael i syjoniści – jako biali i heteroseksualni prześladowcy – podpadają pod jedną z kategorii na pewno (racism), a więc są winni też niewątpliwie i innych. No i postproletariusze wszystkich krajów łączą się. Na przykład na Uniwersytecie Columbia Students for Justice in Palestine połączyli się z feministyczną grupą No Red Tape (Bez Biurokracji), która „zwalcza przemoc seksualną”. Dlaczego? Bo zwalcza też prześladowanie, a więc jest również przeciw Izraelowi. Antysyjonistyczny portal internetowy Mondoweiss zwinnie połączył rzekomą rzeź Murzynów przez policję amerykańską ze zwalczaniem palestyńskich bojowników przez siły bezpieczeństwa Izraela. Stąd „solidarność między Czarne Życie Ma Znaczenie a ruchami na rzecz Palestyny stała się podstawowym czynnikiem obu walczących przedsięwzięć” (The anti-Israel website Mondoweiss recently declared that „since Mike Brown was shot by police in Ferguson… solidarity between the Black Lives Matter and Palestine movements has become an increasingly central tenet of both struggles”). Antysemityzm obecnie widoczny jest głównie na lewicy. Wzbiera i wnet stanie się duchem czasów. W Europie będzie narastał głównie z powodu migrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu. Żydzi czują się zagrożeni w Niemczech, Szwecji czy Francji. Izrael doświadcza obecnie fali imigracyjnej (alija). W 2015 roku przybyło do Erec około 10 tys. uchodźców, z czego prawie 8 tys. z Francji. Z samego Berlina wyemigrowało 800 osób. Zwykle uchodźcy są zradykalizowani i w nowym miejscu zamieszkania przesuwają się na bardziej stanowcze pozycje. Z drugiej strony lewacka indoktrynacja zachodnioeuropejskich Żydów jest bardzo daleko posunięta. Czy w Izraelu staną oni po stronie „prawdziwych Żydów”, czy też „żydokomuny”? Oryginalny tytuł artykułu: Żydokomuna vs. Żydzi W Polsce Soros pomaga Agorze oraz Komitetowi Obrony Demokracji. Okazuje się jednak, że na tym nie koniec, bo... aż sześciu europosłów z Polski według dokumentu Sorosa wykradzionego przez hakerów należy do "zaufanych" ludzi jego fundacji! Oto cała lista: - Lidia Geringer de Oedenberg - dostała się z listy SLD
- Andrzej Grzyb z PSL - przy jego nazwisku odnotowano, że można go przekonać, by wypowiadał się na określone tematy i że jest "użytecznym przekaźnikiem" w swojej frakcji politycznej
- Danuta Jazłowiecka z PO
- Agnieszka Kozłowska-Rajewicz z PO, była pełnomocnik rządu ds. równego traktowania
- Bogusław Liberadzki, wiceprzewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej
- Róża Thun z PO Co ciekawe wśród ludzi Sorosa są też... znany wróg Polski Guy Verhofstadt oraz szef Parlamentu Europejskiego, Martin Schulz! Jak przypomina "Gazeta Polska" cytowana przez portal niezalezna.pl, "George Soros na przełomie lat 80. i 90. wspierał w Polsce reformy, które przyczyniły się do utrwalenia postkomunistycznych struktur. Finansista przybył do Polski już 8 maja 1988 r. i to wtedy - na spotkaniu z przedstawicielami reżimu komunistycznego - opracowano wstępne założenia korzystnej dla ówczesnych elit transformacji. Soros spotkał się m.in. z gen. Wojciechem Jaruzelskim, który osobiście miał zgodzić się wówczas na powstanie Fundacji im. Stefana Batorego, i z ówczesnym premierem Mieczysławem Rakowskim. Ale faktycznie sama Fundacja im. Stefana Batorego powstała już wcześniej - Soros ustanowił ją aktem notarialnem, spisanym 5 listopada 1987 r. w Nowym Jorku i zalegalizowanym w nowojorskim Konsulacie Generalnym PRL".
Copyright © 2009 www.internationalresearchcenter.org
Strony Internetowe webweave.pl