"It's difficult to admit the obvious"
political world

Gadanie o Afganistanie

Jan Marek Chodakiewicz |Tuesday, November 24, 2009

Znów w seminarium o geografii i strategii wałkujemy Afganistan. Nasi studenci (i niektórzy profesorowie) coraz częściej tam lądują albo stamtąd wracają. Wojna rozgrywa się na gorąco, a nie tylko w teorii. Czasami studenci kończą eseje semestralne w warunkach bojowych, a absolwenci piszą prośby albo o bibliografie uzupełniające, albo – jeszcze częściej – o sugestie z zakresu historii czy antropologii. Takie „hipotetyczne” problemy zwykle odnoszą się do konkretnych zadań wojskowych, wywiadowczych czy cywilnych.

Bardzo dużo uczymy się od siebie w ramach naszych seminariów. Na przykład namówiłem jednego ze studentów, Travisa, który jako oficer sił specjalnych buszował już po Afganistanie, aby zapoznał się z obszerną, nieopublikowaną dysertacją o sowieckiej interwencji w tym kraju. Właściwie jest to kilkusetstronnicowy raport anonimowego autora, komunisty, oficera albo agenta KHAD (tamtejszego odpowiednika KGB), który przeszedł na żołd amerykański po wycofaniu się Sowietów. Śpiewa peany na cześć współubeków, opisuje szczegółowo operacje tajne. System znajomy: agentura działała wszędzie, Moskwa puszczała w teren tzw. bandy pozorowane, aby wyłapać mudżahedinów; truli ludzi, strzelali zza węgła. Rzygać się chce, ale czytać trzeba. Może omówię to kiedyś obszerniej, bo Polaków zaciekawi zapewne porównanie walk w Afganistanie do naszego Powstania Antykomunistycznego.

  Tutaj w USA taki szczegółowy raport przydaje się głównie jako punkt odniesienia do walki z talibami i ich sojusznikami. Podstawą jest rekrutacja tubylczych kolaborantów i nadanie im władzy. Baza władzy komunistów była wąska, ale ci, którzy z lubością zanurzyli się w nomenklaturze, mieli dobrze. Naturalnie reszta doświadczała terroru i rzezi. Pod amerykańską kuratelą zawsze lepiej niż pod sowiecką czy rosyjską. Chyba że USA zmienią zdanie i ewakuują się. Wtedy jest kiepsko, bardzo kiepsko – czego doświadczył Wietnam, Kambodża i inne kraje. Tamtejsi sojusznicy Ameryki drogo zapłacili za stawianie na złego konia. Poszli jako pierwsi do obozu albo pod ścianę. Z drugiej strony ci, co stawiają na zagranicznego interwencjonistę, naturalnie często robią to bynajmniej nie ze szczerego serca. Rozumieją, że czasami okupant potrzebuje kolaborantów bardziej niż tubylczy współpracownicy potrzebują cudzoziemskich pleców. O takim przypadku w Afganistanie opowiadał nam David, student koncentrujący się na sprawach wywiadu, na przykładzie operacji „Cios Łamiący Szczękę” („Jawbreaker”).


  Była to akcja, której celem było ująć albo zabić Osamę bin Ladena. Zanosiło się na sukces. Ofensywa Przymierza Północnego, ze wsparciem lotniczym USA, przetoczyła się przez Afganistan. Taliban poszedł w rozsypkę. Chmary bojowników rozpłynęły się w morzu ludności cywilnej. Ale kolumny, konwoje, oddziały zwarte, grupy i grupki pruły do Pakistanu, do terytoriów pasztuńskich. Walecznością odznaczał się w tym czasie szczególnie jeden oddział: główna siła Al-Qaidy, na czele z bin Ladenem. Siła ta stanęła na umocnionym stanowisku w górskiej okolicy Tora Bora. Amerykanie posłali przeciwko niej zaledwie kilka tuzinów chłopaków z sił specjalnych oraz ośmiu oficerów CIA. W okolicach Tora Bora znalazło się więcej cudzoziemskich dziennikarzy niż amerykańskich żołnierzy. USA miały dość wojska, m.in. brygadę w Uzbekistanie, ale trzymano te siły w zapasie na wojnę z Irakiem, starano się też oszczędzać zachodniego żołnierza oraz nie stwarzać wrażenia, że Stany Zjednoczone są w Afganistanie okupantem. Zapłacono więc miejscowym szczepom pasztuńskim, aby przyłączyły się do ofensywy przeciw bin Ladenowi.


W rezultacie garstka Amerykanów z bezsilnością przyglądała się, jak tubylcy od niechcenia ostrzeliwali Al-Qaidę, a potem udawali się na obiad do domów. Co więcej – bez odpowiedniego wsparcia Pasztunów Amerykanie nie byli w stanie podejść wystarczająco blisko wroga, aby odpowiednio namierzyć jego pozycje i podać lotnictwu USA. Mimo, że bombardowanie było bardzo silne, większość bomb poszła w zbocza. Nie pomogła tzw. precision munition ani nawet słynna „Daisy Cutter”. To do niedawna najpotężniejsza bomba (BLU-82B/C-130) w konwencjonalnym arsenale amerykańskim, o wadze 6800 kg. Zainteresowanych odsyłam tutaj do pracy Benjamina S. Lambetha „Air Power Against Terror: America’s Conduct of Operation Enduring Freedom” (RAND Corporation, Arlington, Virginia, 2005).
 
  Amerykanie nie wiedzieli również, że bin Laden wybrał okolice Tora Bora nie tylko ze względu na to, że są tam potężne podziemne fortece oraz cały labirynt naturalnych i wykutych w skale jaskiń, korytarzy i schronów. Wybrał to miejsce przede wszystkim dlatego, że był w świetnej komitywie z tubylcami. Dawał im od dawna prezenty, posłał nawet znaczną sumę pieniędzy do ich starszyzny tuż przed inwazją Przymierza Północnego. Podczas walk bojownicy Al-Qaidy wykrzykiwali przez megafony, że nie walczą przeciw muzułmanom, a tylko przeciw „rycerzom krucjaty”, czyli Amerykanom. Wpływało to demobilizująco na pasztuńskich kolaborantów, a garstka z sił specjalnych nie bardzo rozumiała, o co chodzi. Nie znali języków.


  W końcu bin Laden i wielu jego ludzi umknęli z sieci. Amerykańska strategia „wojny ograniczonej” (limited war) nie sprawdziła się w geograficzno-kulturowym kontekście Tora Bora. Szeroki kontekst tego zagadnienia i innych problemów z dziedziny amerykańskiego kunsztu wojskowego ciekawie ujęli następujący autorzy: Peter John Paul Krause, „The Last Good Chance: A Reassessment of U. S. Operations at Tora Bora”, „Security Studies, no. 17 (2008), str. 644-684; Gary Berntsen i Ralph Pezzullo, „Jawbreaker: The Attack on Bin Laden and al-Qaeda: A Personal Account by the CIA’s Key Field Commander” (Crown Publishers, New York, 2005) oraz Kaushik Roy, „Limitations of Western Warfare: American Military Operations in Afghanistan, 2001” w „The Afghanistan Crisis: Problems and Perspectives” (Nehru Memorial Library, New Dehli, 2002).


Fiasko pod Tora Bora miało miejsce w listopadzie i grudniu 2001 roku. W marcu 2002 roku USA przeprowadziły operację „Anaconda”. Celem znów były oddziały Al-Qaidy, które zlokalizowano pod Gardez, na południowym wschodzie kraju, około 100 km od Tora Bora. Tutaj, oprócz garstki sił specjalnych doradzających plemiennym milicjom, Amerykanie posłali spadochroniarzy ze 101. Dywizji Powietrznej oraz piechotę z 10. Dywizji Górskiej. Szczegóły tej operacji przedstawił nasz student Tim, który brał w niej udział. Amerykanie znów nie bardzo wiedzieli, jak postępować w warunkach górskich. Choć przewaga powietrzna była miażdżąca, kulało rozpoznanie. Amerykanie nie zdawali sobie sprawy, że przeciwnik jest dobrze ufortyfi kowany. Akcja zaczęła się od złego omenu: żołnierze ostrzelali się sami, spadł helikopter.
 

Zresztą zastosowanie helikopterów w tej akcji pozostawiało dużo do życzenia (zob. np. James A. Schroder, „Forty-five Seconds on a Hot LZ: The 2/106th SOAR”, „Special Warfare”, vol. 15, no. 3, September 2002, str. 46-49). Otóż atakujący lądowali na szczytach gór, gdzie już czekali na nich talibowie i ludzie Al-Qaidy. Po stracie pierwszych żołnierzy dowództwo uparcie kazało następnym lądować, aby zabrać ciała – zgodnie z amerykańskim zwyczajem leave no man behind. To pozwoliło tubylczym bojownikom i ich terrorystycznym sojusznikom przeprowadzić jatki. Krążące nisko śmigłowce stawały się wspaniałymi celami dla indywidualnej broni rakietowej (rusznic). Mająca być zaskoczeniem operacja przeciągała się. To spowodowało napływ dodatkowych bojowników z Pakistanu. Nota bene myśleli oni błędnie, że Amerykanie to tchórze, którzy zaraz uciekną. Skończyło się niepotrzebnymi stratami, a przeciwnik, straciwszy znaczą liczbę ludzi, jednak zdołał się wycofać. Tim podsumował: „brak rozpoznania, kiepskie planowanie, nieumiejętność dostosowania się do warunków walki”.
  W Gardez dostaliśmy w kuper, choć w końcu wygraliśmy. Opisują to między innymi: Sean Naylor, „Not a Good Day to Die: The Untold Story of Operation Anaconda” (The Berkeley Publishing Group, New York, 2005); Pete Blaber, „The Mission, the Men, and Me: Lessons From a Former Delta Force Commander” (Berkeley Publishing Group, New York, 2008); Richard B. Andres i Jeffrey B. Hukill, „Anaconda: A Flawed Joint Planning Process”, „Joint Forces Quarterly”, no. 47 (December 2007), str. 135-140; Nelson G. Kraft, „Lessons Learned From a Light Infantry Company During Operation Anaconda”, „Infantry Magazine”, vol. 91, no. 2 (Summer 2002); Malcolm McPherson, „Roberts Ridge” (Bantam Dell, New York, 2005) oraz Paul L. Hastert, „Operation Anaconda: Perception Meets Reality in the Hills of Afghanistan”, „Studies in Confl ict and Terrorism”, no. 28 (2005), str. 11-20.
 
  Naturalnie chłopaki z sił zbrojnych USA uczą się Afganistanu, tak jak nauczyli się Iraku. Ale wojsko to nie problem. Najsłabszym punktem są politycy. Nie wiadomo, czy Biały Dom ma wolę walki. Obama odziedziczył wojnę po poprzedniku i nie bardzo ma na nią pomysł. Pewnie będzie się ona ślimaczyć. W interesie Polski jest jak najszybciej stamtąd zniknąć. Powinna to być operacja w pełni zsynchronizowana z decyzjami aliantów z NATO. Może się jednak zdarzyć, że członkowie Unii Europejskiej zdecydują się wyjść przed USA. Warszawa powinna – protestując głośno przeciw francuskiemu i niemieckiemu wiarołomstwu – postąpić wtedy podobnie, na samym końcu. Chyba, że Amerykanie ustanowią swoje potężne bazy w Polsce i zagwarantują jej tym samym bezpieczeństwo. Wtedy warto będzie walczyć i ginąć w Afganistanie.
Copyright © 2009 www.internationalresearchcenter.org
Strony Internetowe webweave.pl