"It's difficult to admit the obvious"
political world

Nowa polityka izraelska USA?

Jan Marek Chodakiewicz |Wednesday, December 2, 2009

Rok temu kolega podłączył mnie bez pytania pod anglojęzyczną dyskusję internetową na temat zbliżających się wyborów prezydenckich. W odpowiedzi na falę obamomanii zadeklarowałem, że będę głosował na mniejsze zło, czyli na kandydata Republikanów. Na to jeden z uczestników dyskusji nazwał mnie Żydem i spuentował: „Obama skończy z dominacją neokonserwatystów, skończy ze służeniem Izraelowi”. Był to typowy resentyment, który w dużo bardziej elegancki sposób wyrażało wielu, w tym Zbigniew Brzeziński. Co się z tych nadziei spełniło? Na razie niewiele, nawet w sferze retorycznej.


Orientacja neokonserwatywna – czy to w wersji populistycznoprawicowej, czy też postępowo-liberalnej – od rewolucji kulturowej lat sześćdziesiątych dominuje w polityce zagranicznej USA. Za Obamy na razie widzimy po prostu najłagodniejsze odcienie tej orientacji. Powszechny odbiór jest taki, że Izrael pozostaje priorytetem dla USA i że w Waszyngtonie dominuje tzw. lobby żydowskie. Ale trzeba też wiedzieć, że po stronie żydowskich lewicowców, antysyjonistów i liberałów istnieje świadomość powszechności takiego postrzegania sytuacji. Niektórzy postępowcy twierdzą wręcz, że percepcja ta odzwierciedla dokładnie rzeczywistość.

Oto trzy znaczące przykłady. Waszyngtońska korespondentka „The Jerusalem Post”, Hilary Leila Krieger, odnotowała (27 października), że młodzieżówka uniwersytecka żydowskiego lobby, J-Street, pozbyła się sloganu „pro-Izrael” ze swojego repertuaru. Zastąpiono go hasłem: „pro-pokój”. Dla niektórych to zwykła semantyczna sztuczka, dla innych konieczna zmiana, która odzwierciedla poglądy tej lewicowej organizacji żydowskiej. Większym wzięciem niż Izrael cieszy się w J-Street „sprawiedliwość społeczna” oraz Palestyna. Wielu członków tej organizacji otwarcie nawołuje do zakończenia okupacji terytoriów palestyńskich. Wskazują na zmianę pokoleniową w społeczności żydowskiej USA. Twierdzą, że coraz więcej młodych Żydów patrzy krytycznie na Izrael oraz na tamtejszy nacjonalizm – syjonizm. Między innymi dlatego na kongresie J-Street nie pokazał się ambasador Izraela, co odnotowała Ilene R. Prusher („The Christian Science Monitor”, 27 października).

Podobnie jest w samym Izraelu, gdzie lewicowcy różnej maści bardzo krytycznie odnoszą się do żydowskiego nacjonalizmu, a szczególnie jego narodowo-radykalnej twarzy reprezentowanej przez Likud. I w tym izraelskim kontekście należy umieścić ostatni przykład. Gideon Levy w lewicowo-liberalnym „Haaretz” (1 listopada 2009) zatytułował swoją krytykę polityki USA „Ameryko, przestań podlizywać się Izraelowi” („America, stop sucking up to Israel”). Levy zareagował negatywnie na przesłane przez Baracka Obamę świąteczne „błogosławieństwo na Rosz Haszana” i inne przymilne gesty prezydenta. „Obama szermuje słodziutkimi pochwałami na temat Izraela, mimo że spędził prawie rok, bezskutecznie prosząc Izrael, aby ten uprzejmie zrobił cokolwiek – nawet choćby wprowadził tymczasowe zamrożenie budowy osiedli – aby proces pokojowy poszedł do przodu”. Jego sekretarz stanu Hillary Clinton powtarza jak mantrę zaklęcia o „strategicznym przymierzu” oraz o „gwarancjach bezpieczeństwa dla Izraela”. Mimo to w Izraelu poparcie dla Obamy oscyluje między 6 a 10 procent.

Czy coś się dramatycznie zmieniło w polityce USA? Raczej nie, po prostu amerykański prezydent jest uznawany za wrogiego Żydom. Ameryka pozostaje jednak wierna Izraelowi. Nie odcięła się od niego. Nie wprowadziła sankcji. Nie wymusiła na Tel Awiwie nic. Prześledźmy ostatnie posunięcia Białego Domu na podstawie lewicowego dwutygodnika „Report on Israeli Settlement in the Occupied Territories: A Bimonthly Publication of the Foundation for the Middle East Peace”, vol. 19, nr 5 (wrzesień-październik 2009). Środowisko wydające tę publikację jest życzliwe Obamie, ale popiera utworzenie niepodległej Palestyny. W jednym z tekstów tam zamieszczonych Geoffrey Aronson podaje, że administracja Obamy stara się załatwić „wznowienie rozmów, choć jeszcze nie ofi cjalnych negocjacji” między Izraelem a Organizacją Wyzwolenia Palestyny. Obama twardo upiera się przy zakazie budowania jakichkolwiek nowych osiedli żydowskich na okupowanych terenach. Ma to dla niego wymiar symboliczny. Podczas przemówienia w Kairze nazwał wręcz takie działania „nielegalnymi”. Natomiast rząd Beniamina Netanjahu zgadza się co najwyżej na tymczasowe wstrzymanie budowy osiedli. Ale i to nie jest pewne.

4 września prezydent USA wyraził „żal”, że rząd izraelski dalej pozwala na budowę takowych. Według rzecznika Białego Domu, „gwarancje dla bezpieczeństwa Izraela pozostają niewzruszone. Wierzymy, że najlepiej osiągnąć to poprzez zaprowadzenie powszechnego pokoju w tym rejonie. Oparty będzie on m.in. na rozwiązaniu dwupaństwowym, gdzie państwo palestyńskie będzie istnieć w pokoju obok Izraela. Jest to ostateczny cel, do którego prezydent jest osobiście głęboko przywiązany”. Tymczasem Netanjahu kontratakował i przedstawił pozycję Obamy jako kwestionowanie prawa do izraelskiej obecności we wschodniej części Jerozolimy. Amerykanie natychmiast spuścili z tonu. W związku z tym narodowcy izraelscy uznali, że Obamy „szczekanie jest groźniejsze niż jego kąsanie”. Dlatego kontynuują politykę interesów narodowych. Według nich, polega ona na powiększaniu izraelskiego stanu posiadania, zaludnianiu jak największych obszarów historycznych ziem żydowskich. Chodzi tutaj głównie o terytoria okupowane po kolejnych zwycięstwach oręża izraelskiego, a szczególnie wojnie 1967 roku.

Według oficjalnych statystyk, w 2009 roku liczba żydowskich osadników na Zachodnim Brzegu osiągnęła 300 tysięcy. „Największy przyrost nastąpił w najbardziej religijnych społecznościach” („Haaretz”, 27 lipca). Natomiast tempo budowy osiedli spadło o jedną trzecią. Ale trzeba pamiętać, że nie jest to prosta sprawa wykonywania planu państwowego. Obecny narodowo-radykalny rząd Likudu jest naturalnie przychylny osadnictwu. Ale wiele operacji budowlanych (czy ogólnie pozyskania ziemi) prowadzonych jest z inicjatywy oddolnej. Zaangażowane są w nie rozmaite organizacje i fundacje, zwykle nacjonalistyczne i ultrareligijne. Operacje te są hojnie finansowane przez ziomków i współwyznawców z USA.

Weźmy na przykład nowojorską fundację Ateret Cohanim. Specjalizuje się w skupowaniu arabskiej ziemi we wschodniej części Jerozolimy. Jej głównym sponsorem jest magnat hazardowy Irving Moskowitz, a wiceszefową – żona prominentnego rajcy miejskiego w Nowym Jorku, Dova Hikinda („Haaretz”, 17 sierpnia). Ateret Cohanim ma status fundacji dobroczynnej. Nie płaci nic fiskusowi. A darowizny na jej rzecz można odliczać od podatków. Szkopuł w tym, że statusu takiego nie można przyznawać organizacji wypełniającej cele polityczne. A rząd USA uznaje za taki skup ziemi dla osadników. Mimo to (i krytycznych uwag Obamy) Ateret Cohanim nie poniosła jeszcze konsekwencji prawnych. A Moskowitz wykupił hotel Shepard w Jerozolimie i na jego miejscu chce postawić 20-rodzinny blok dla osadników.

Sympatycy syjonizmu i ultrareligijni żydzi wykorzystują życzliwy klimat polityczny, jak również sytuację gospodarczą. Zrujnowani Arabowie sprzedają swoją własność za bezcen albo wykupuje się arabską własność przez podstawionych Arabów, którzy następnie przepisują wszystko na żydowskich osadników. Gdy władze izraelskie starają się – nie zawsze serio – zapobiec takim praktykom, osadnicy i ich przedstawiciele podają rząd do sądu. A tam sprawy ślimaczą się w nieskończoność. Na przykład ciągnie się sprawa osady Migron. Sprawa ta dotarła już do Sądu Najwyższego. Jak podaje Alex Fishman („Jediot Achronot”, 7 lipca), osiedle na 50 rodzin powstało nielegalnie w 2002 roku na ziemi Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu. W 2006 roku państwo w końcu ustaliło, że osiedle rzeczywiście jest nielegalne. Na początku 2009 roku osadnicy zgodzili się przeprowadzić do pobliskiego Adam, o ile dostaną tam domy zastępcze. Ale państwo jeszcze ich nie zbudowało. Sprawa została odłożona do połowy 2010 roku, gdy w Adam ma powstać nowe osiedle.

Albo weźmy sprawę tzw. stanic (outposts) w Judei i Samarii. Też miały być nielegalne. Ale rząd uznał, że dzięki udzielonym przez państwo rozmaitym pozwoleniom stanice te muszą być legalne. Przecież wydano na nie odpowiednie papiery. I w taki sposób rząd będzie ich bronić przed sądem. Co więcej – jeden z ministrów stwierdził publicznie, że opuszczona i zrównana z ziemią stanica w Homesz powinna zostać odbudowana. Zburzono ją w 2005 roku, po ewakuacji żydowskich osadników w ramach wypełniania zobowiązań wynikających z procesu pokojowego.

Izraelczycy wykorzystują zresztą każdą okazję, aby powiększyć swój stan posiadania. Niedawno oskarżono rząd o próby przejęcia dalszych 2 procent Zachodniego Brzegu. Rząd odpowiedział, że jest to obszar, który stał się dostępny na skutek wysychania Morza Martwego. Trudno więc mówić o ekspropriacji ziemi Palestyńczyków – argumentują działacze Likudu i ich sojusznicy.

I na to wszystko nakłada się spirala przemocy, terroru, kontrterroru i dyplomatycznej bezsilności Amerykanów oraz skołowacenie Białego Domu, którego najczęstszym objawem jest właściwie bezwarunkowa i odruchowa wojskowopolityczna obrona Izraela. Nikt nie potrafi konfl iktu zakończyć. J-Street jest bezsilna. Obama nie ma nowych pomysłów. Aby osiągnąć zadowalające Arabów rezultaty, trzeba by po prostu przestać zwracać uwagę na interesy Izraela. A o tym przecież nie może być mowy, chyba że całkowicie zmieni się paradygmat kulturowy w USA i żydowskie sprawy przestaną być ważne. Wygląda więc na to, że przez przewidywalny czas będzie “business as usua
Copyright © 2009 www.internationalresearchcenter.org
Strony Internetowe webweave.pl