"It's difficult to admit the obvious"
political world

Pretensje do Amerykanow

Marian Baginski|Wednesday, September 2, 2009

Wiele różnych polonijnych organizacji, poszczególnych osób, jak też poważnych instytucji polsko-amerykańskich, nie mówiąc już o internautach, domorosłych komentatorach, czy niektórych, z Bożej łaski dziennikarzy, robią wiele, by zrazić do nas Demokratyczną Administrację Obamy w Washington.

Szczególnie  krytyczne  wypowiedzi nasiliły się w związku z tragiczną rocznicą 70-lecia  rozpoczęcia II Wojny Światowej. Nie trzeba dodawać, że brak rzeczywistych sojuszników, stawia państwo o takim położeniu geopolitycznym jak Polska, w niekorzystnej sytuacji. I nie zmienia tego fakt, że zagrożenie w 1939 r. miało wymiar aż nadto realny, a dzisiejsze jest, na razie, jedynie hipotetyczne.    Trzeba przyznać, że kilka poprzednich, jak też obecna rządząca ekipa,

zrobiły wiele, by zapewnić Polsce nie tylko sojusznicze wsparcie jedynego ważnego mocarstwa zachodniego, czyli Stanów Zjednoczonych, ale publicznie manifestowano życzliwość w najróżniejszy sposób, od wysłania wojsk na rózne misje, po przez pomoc w wywiadzie, special forces, prawdopodobnie z więzieniami włącznie. Zarówno w Posce, jak i na emigracji zdajemy sobie sprawę, że nowa rządząca ekipa w Washington odziedziczyła po Adminsitracji G. Busha  mnóstwo  najróżniejszych palących problemów.

 Jednocześnie  polscy krytycy  amerykańskiej administracji nie zdają sobie sprawy ze sposobu działania tejże Administracji.

 Jest to administracja specialistów, biurokratów, jak też wybiórczych pragmatystów, którzy w USA zajęci są reformą ubezpieczeń społecznych, tragicznym kryzysem gospodarczym, spadającą popularnością Obamy (45%) - to wystarczy, aby zrozumieć ociąganie się, w znalezieniu odpowiednich osób w reprezentacji, na obchody  1-go września na Westterplatte.

 Nie wspominam o arenie międzynarodowej, o traceniu wpływów (za amerykańskie długi w Chinach) w Afryce. A prawdziwym  koszmarem jest dla części amerykańskiej administracji, perspetywa  utraty monopolu nuklearnego na Bliskim Wschodzie, przez Israel, jak też realność gospodarcza zagrożenia Chin, nie mówiąc już o militarnej, czy fiasko polityki gruzińskiej.

Nowy reset-button w polityce z Rosją, która jest obecnie dość nieobliczalna i nie bardzo przewidywalna, jak też ostanie umizgi Israela do Rosji czy Chin po przez kontrakty wojskowe na  najnowszą broń. Mogę jeszcze wspomnieć wysoką umiejętność korzystania z technik socio-społecznych, oddziaływania na opinię publiczną, czy też dyplomatyczny sposób okazania niechęci, to może być bardziej zrozumiały

spektakl odkładania decyzji o składzie delegacji amerykańskiej na rocznicowe obchody na Westerplatte.

Dla niewtajemniczonych, Rohm Emmanuel - Szef Urzedników Białego Domu jest o wiele lepiej poinformowany o sprawach polskich, niż ktokolwiek inny, w kołach administracji waszyngtońskiej. Co ciekawe to to, że  puszczono w obieg  informację, że na czele delegacji stanie ktoś zupełnie bez znaczenia w obecnej administracji. Ostatecznie cały spektakl zakończył się stosunkowo poprawnie, chociaż o wysłaniu urzędnika za granicę można postanowić o wiele sprawniej na pierwszy rzut oka.W końcu, decyzję o wyjeździe Generała Szefa Bezpieczeństwa Narodowego ogłoszono w ostatniej chwili, zmuszając polskich polityków i dyplomatów do wielokrotnego ponawiania wystąpień do władz amerykańskich. Dlaczego? Czy tylko palące zajęcia i „nadmiar” pracy Administracji?
 
  Ociąganie się, jak też skład delegacji amerykańskiej jest wyraźną próbą upokorzenia polskich gospodarzy. Spowodowane serią niefortunnych gestów Polski pod adresem USA, które, oby były, tylko błędami bez konsekwencji.

 Trzeba jednoznacznie stwierdzić, że obecnie USA są jedynym państwem zdolnym do realnego wsparcia naszego bezpieczeństwa – i jeszcze do niedawna skłonnym, dać temu wyraz w postaci stałej obecności wojskowej w Polsce. W wypadku zagrożenia ze Wschodu nie możemy liczyć na aktywność Niemiec czy Francji, czego dowodem jest ich całkowity brak zainteresowania kwestią naszego bezpieczeństwa energetycznego.

 Polska, z militarnego punktu widzenia  nie ma wiele do zaoferowania, stąd też musi długo i usilnie budować bliskie relacje z supermocarstwem, o którego uwagę zabiega wiele innych  krajów świata. Musi długo i konsekwentnie budować obraz kraju gotowego do działań sojuszniczych na swoją skalę, jeśli chce mieć nadzieję na amerykańskie działania sojusznicze. Gdy sojusznik prosi nas o pomoc, odpowiedzią nie powinno być pytanie, co za to dostaniemy, lecz świadomość, że bliska współpraca z supermocarstwem jest wartością bezcenną teraz i na przyszłość. Nie znaczy to wcale, że będziemy „nagrodzeni” za naszą pomoc.

Udział Polski w pokojowych misjach na Bałkanach, Congo (400 osób), Afganistan (2000 żołnierzy), nie wspominam o specjalistycznych jednostkach, które nie tylko są instruktorami dla Afgańczyków, ale i dla Amerykanów.

  Godnym podkreślenia, jest udział Polski  we współdziałaniu w Iraku z wojskami amerykańskimi.

Stąd też wydaje się nieporozumieniem, że nie mamy żadnych interesów globalnych, a nasze wojska nie powinny opuszczać terytorium Polski. Jeżeli budujemy nasze bezpieczeństwo na fundamencie współpracy międzynarodowej, to musimy być gotowi na wynikające z tego powinności, a nie tylko liczyć na korzyści.

Mimo ograniczonych środków, jakie postawiliśmy do dyspozycji wojsk sojuszniczych, nasza determinacja została w Waszyngtonie dostrzeżona. Kontakty dwustronne były intensywne i nie jest winą władz amerykańskich, że nie potrafiliśmy tego wykorzystać.  Dość iluzoryczne wydawało się domaganie bezwizowego  wjazdu Polaków do USA. Tego typu akcje powinny byc raczej organizowane „oddolnie", a nie poruszane przez dyplomatów na  najwyższym szczeblu, tylko po to, aby zyskać poklask u miejscowych?

Łatwo się domyślić, komu nie odpowiadało zbliżenie Polski i USA i kto nadzwyczaj się ucieszył z wyjścia Polski z Iraku tuż przed tym, gdy można było to zrobić w poczuciu sukcesu. Co więcej, już wtedy pojawił się element znacznie gorzej wróżący naszym stosunkom z Ameryką, niż samo opuszczenie Iraku.

 Wyjście polskich wojsk z Iraku  miało być uzgodnione ze Stanami Zjednoczonymi. W rzeczywistości Polski minister obrony zakomunikował tylko swemu amerykańskiemu odpowiednikowi jednostronną decyzję. Taki sposób postępowania, jest dość arogancki, a pamiętajmy, niektórzy ludzie amerykańskiej administracji są pamiętliwi, odebrali to jako policzek nic nie mówiąc, ale zakodowali  zajście. Według nich, tak  nie działają sojusznicy. Kwestia zufania jest czasem ważniejsza od rezultatu i wkładu wysiłku.

Historia z tarczą i samoloty F-16

 Jest wiele nieporozumień, gdy idzie o kwestię tarczy, którą Waszyngton traktował jako istotny element systemu bezpieczeństwa państwa, może karty przetargowej z Rosją, my uznaliśmy prośbę Amerykanów za znakomitą okazję do okazania im swojej wyższości i możliwosci zarobienia pieniędzy, bez żadnej finezji.

Można jeszcze zrozumieć, że dla zaspokojenia ambicji, za żądaliśmy zbędnych, w tak małej liczbie, patriotów. Jest kwestią zupełnie sporną czy premier polskiego rządu naprawdę musiał swoje negatywne stanowisko ogłosić akurat w dniu 4-tego lipca, narodowego święta niepodległości USA? Czasmi nieważne jest co powiedział, ale kiedy powiedział. Mówiąc o tym w dniu Niepodległości USA, być może Premier chciał powiedzieć, że Polaków nie interesuje Niepodleglość USA? Wiadomo, że kwestia tarczy jest publiczną rozgrywką między USA a Rosją. Doświadczeni dyplomaci obserwują co robią ich adwersarze i właczają się w odpowiednim czasie. Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski pracował przecież w AEI w USA, powinien wiedzieć jak działają machiny administracji Washington, a jednocześnie powinien wiedzieć o nieprzeciętnej presji, jaką wywiera lobby na zagraniczną politykę amerykańską. Mechanizm dzialania lobby w USA, jak też współzależność działania  innych grup nacisku nie są nawet dokładnie znane polskim amerykanistom, ale Radosław Sikorski  powinien znać niuanse tego działania.

 Nie chcę wspomiać, że na całym świecie uznanym jest, że teksty publikowane przez urzędników państwowych mają przyzwolenie i reprezentują przełożonych. Nie zdajecie sobie państwo sprawy, jak w Waszyngtonie analizuje się poszczególne wydawane teksty, nawet artykuły naukowe, oświadczenia innych rządów. Analitycy potrafią interpretować takie wystąpienia i wyciągać wnioski, nawet tylko ukrycie zamierzone przez wydawców.  Nie jest zadziwiające, że w ostatnich dyskusjach na temat tarczy, nie tylko nie wspominano już o jej lokalizacji w Polsce, ale wręcz podkreślano, że powodem zmiany jest troska o dobre stosunki z Rosją. Kwestia zakupu samolotów jest dość kontrowersyjna z polskiego punktu widzenia. Z amerykańskiego jest dość ewidentna i nie ma w tym żadnych palących kwestii. Tymczasem, Polacy są niezadowoleni, nie rozróżniając finansowego interesu od korzysci dyplomatycznych.

Amerykańscy dyplomaci rozumieją też, że nieprzystąpienie do ratyfikacji podpisanej umowy międzynarodowej oznacza brak elementarnego szacunku dla partnera. Administracja amerykańska ma pełne prawo czuć się dotkniętą postępowaniem polskich władz. Naiwnością byłoby sądzić, że nowa ekipa uzna to za policzek dla poprzedniej. Specyfiką polityki amerykanskiej jest „kłótnia” w czasie kampanii wyborczej, tak jak adwokaci kłócą się w czasie rozprawy sądowej, ale po jej zakończeniu sa przyjaciółmi, i obraza poprzedniego jest tak traktowana  jak obraza  aktualnego, co namacalnie widzieliśmy w nominacji Hilary Clinton na Sekretarza Stanu USA.

 Z resztą wiele pozycji w administracji na poziomie decydenckim (middle management)  nie zmienia się z nastaniem nowej administracji, po wyborach.

 Czy jest naprawdę, aż tak trudno rozeznać sposób działania admistracji waszyngtońskiej, jak się ma wielu ludzi polskiego pochodzenia  pracujących na uniwersytetach, nieraz szczątkowo zatrudnionych w administracji, jak też dostęp do najróżniejszych raportów i opracowań.

 Czasem popełnia się „fuax pas” w polityce bezwiednie, ale ostatni krytyczny raport o amerykańskiej polityce w stosunku do Polski  był tego przeciwieństwem. Coś takiego może zrobić dziennikarz, jakiś naukowiec uzasadniając naukową literaturą, ale nie może pod tym podpisywać się głowa danego państwa, jak to zrobił Kaczyński.

  Dla  mieszkająch w USA, jest rzeczą normalną krytykować własnych polityków, znoszą oni despekty ze strony własnych obywateli czy komentatorów politycznych: wolność słowa jest wartością samą w sobie i służy wymianie poglądów zgodnie z partyjną przynależnością, lub innymi politycznymi zapatrywaniami.  Zupełnie inne kryteria są stosowane do krytyków z państw sojuszniczych (z wyjątkiem może Israela). Krytyka jest odbierana jako disrespekt do USA, a nie do poszczególnego przedstawiciela Administracji. Niekorzystną dla Polski wymowę tego dokumentu, znacznie wzmocniło dołączenie podpisu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, co było nie tylko nie na miejscu, ale dało pretekst administracji  do ochłodzenia stosunków, jak też wycofywania się z projektu tarczy.

Rzecz bowiem nie w tym, że w owym liście były pozory słuszności, czy ona sama, lecz w niezwykłej pewności siebie, która pozwoliła wystąpić z grupowym  niezadowoleniem  pod adresem urzędującego prezydenta mocarstwa – w jego stolicy. W tym momencie aż się pcha na usta stare przysłowie „Quid quid agis prudenter agas and respice finem” (Cokolwiek czynisz czyń to roztropnie i patrz na koniec). Jest niesposób nie wspomnieć, że trzeba poznać nie tylko naszego przeciwnika, ale też sposób rozumowania naszego partnera  (jeśli możemy się uważać za parnerów dla USA). Obojętnie, tak czy nie, należy znać sposób reagowania i myślenia. A tego nam brakuje jeśli idzie o USA. Wydaje nam się, że mamy wrażenie, że rozumiemy, ale w rzeczywistości, to nie bardzo odczytujemy sposoby zachowania USA, jak widać z ostatnich reakcji administracji  USA i polskich akcji dyplomatycznych.

 Nasi  sojusznicy

 Administracja  USA pokazując pozorowany brak zainteresowania największym od lat wydarzeniem międzynarodowym w Polsce, wyraźnie okazała zniecierpliwienie lekceważącymi gestami polskiej strony. Nie łudźmy się: Lobby miało coś do powiedzenia, gdy idzie o sposób ogłaszania składu amerykańskiej delegacji na uroczystości na Westerplatte. Było to poważne ostrzeżenie, z jednej strony pewnych dyplomatycznych kół waszyngtońskich, a jednocześnie wskazywałoby na zmianę sposobu myślenia w amerykańskiej dyplomacji.

 Jak należy rozumieć to  poważne ostrzeżenie: jeżeli zależy nam na bliskiej współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, musimy zachowywać się jak dbający o dobro swoje i innych sojusznik.  Amerykanie, może chcą nas też widzieć jako pomost do dalszego zrozumienia zachowań Rosji i lepszej współpracy, jako drogi do” reset button” polityki amerykańskiej w stosunku do Rosji, a nie kontynułowania pozorów lub rzeczywistości mentalności jałtańskiej.  Zapewne to co było tragiczne dla II-Rzeczypospolitej, to nie tylko data 1-go wrzesnia 1939, ale też 17-ty września 1939. Obie daty są wynikiem działania naszych sąsiadów. Należy cieszyć się, z oby, trwałej i rzeczywistej, zmiany stosunku Rosji do Polski, nie można jednak zapominać o priorytetach naszego bezpieczeństwa i o lekcjach historii.   Sprawa Niemiec, jest o tyle jaśniejsza, że struktury NATO dają nam jakąś pewność, przynajmniej na dzsiaj i na najbliższą przyszłość.

 Nie zapominajmy jednak, że to co kiedyś chciano osiągnąć za pomocą przymusu i wojennych działań, teraz osiaga się  przy pomocy gazowego zawora lub zniszczeniem rodzimego przemysłu i zbudowaniem trwałego rynku zbytu dla innych, na naszym terenie.

Marian Bagiński

www.internationalresearchcenter.org
Copyright © 2009 www.internationalresearchcenter.org
Strony Internetowe webweave.pl