"It's difficult to admit the obvious"
political world

Restytucja mienia, Żydzi, polski MSZ. O co chodzi?

Jan Mark Chodakiewicz |Wednesday, April 6, 2011

O restytucji mienia pisaliśmy wielokrotnie sami (np. tutaj), a „NCz!” całkiem słusznie od początku zajmuje się tą sprawą ad nauseam. Przypomnijmy najpierw prawidłową nomenklaturę, panuje bowiem tutaj niesamowite zamieszanie. Prywatyzacja oznacza przekazanie w prywatne ręce mienia publicznego. Reprywatyzacja oznacza oddanie w prywatne ręce mienia uprzednio prywatnego, które zostało przejęte przez państwo. Restytucja oznacza oddanie w ręce prawowitych właścicieli (zwykle spadkobierców) mienia prywatnego, które zostało przez państwo zrabowane. Restytucja jest więc formą reprywatyzacji, ale nie jest z nią tożsama.


O co chodzi w sprawie restytucji? Chodzi o własność prywatną, podstawę wolności i Cywilizacji Zachodniej, a własność tę zrabowali w Polsce niemieccy narodowi socjaliści i sowieccy socjaliści międzynarodowi. Chodzi też o zadośćuczynienie ofiarom sowieckiej rewolucji z zewnątrz, na której zyskali tubylczy kolaboranci stojący na czele okupacyjnego reżimu, eksploatując ją nie tylko przez 50 lat PRL, ale wręcz do dzisiaj. Chodzi o odbudowanie tradycyjnych elit, aby stworzyć w kraju jakąkolwiek przeciwwagę wobec chamokomuny i jej spadkobierców oraz innych zwolenników PRL i post-PRL. Chodzi również o to, aby do Kraju powrócili konserwatywni i wolnościowi emigranci, których przodkowie padli ofiarą brunatnych i czerwonych ekspropriacji, a wreszcie o to, aby w sprawiedliwy sposób zamknąć rozdział rewindykacyjny ze strony obywateli państw ościennych (głównie Niemiec) oraz ze strony organizacji międzynarodowych (głównie żydowskich). Pamiętajmy bowiem, że Polska oddała swoją suwerenność i jest częścią Unii Europejskiej. Oznacza to, że prawodawstwo UE i sądy UE podyktują ostateczny kształt polskiej restytucji – nawet jeśli Polacy w Sejmie przegłosują odpowiednie prawa restytucyjne, pozornie zamykające sprawę z korzyścią dla obywateli polskich, którzy tyle wycierpieli przecież pod niemiecką i sowiecką okupacją oraz którzy – będąc komunistycznymi niewolnikami – przez 50 lat nie mogli czerpać korzyści z mienia swego i swoich rodzin, a co najważniejsze: brać udziału w procesie wzbogacania się według uczciwych reguł wolnorynkowych. W związku z tym należy przygotować się mentalnie, że o restytucji zadecydują obcy, a zapłacą Polacy (chyba że tym ostatnim uda się sztuczka zdobycia subsydiów z UE, najchętniej od Niemiec, aby pokryć koszty restytucji w Polsce). Restytucja ma więc poważne implikacje dla polityki wewnętrznej i zewnętrznej państwa. Restytucja w Polsce natknęła się jednak na kilka poważnych problemów. Po pierwsze – mamy do czynienia ze sprzeciwem postkomunistów i ich różowych sojuszników wobec jakichkolwiek prób odwrócenia zdobyczy rewolucji socjalistycznej w PRL, w tym prób odbudowy tradycyjnej elity. Po drugie – restytucja rozbiła się o zupełną niemal ignorancję populistycznych, narodowych i większości innych orientacji antykomunistycznych w sprawie wagi przywrócenia mienia dla interesów ogólnopolskich. Po trzecie – restytucja upadła również dlatego, że post-PRL-owskiej elicie brakowało wyobraźni na temat narodowych i międzynarodowych skutków jej nieprzeprowadzenia. Ucieczką do Unii Europejskiej zastąpiono myślenie o Polsce i jej interesach. Tak, tak. Jak się spraw nie załatwi tak, jak trzeba na samym początku, będą się one ślimaczyć, przesiąkając życie publiczne, a w końcu przyjmą najgorszą z możliwych form – patologiczną i histeryczną. Sprawa przywrócenia mienia prawowitym spadkobiercom znów pojawiła się w mediach. Ostatnia runda zaczęła się od tego, że rząd Platformy Obywatelskiej oznajmił, iż zawiesza „reprywatyzację”, gdyż Polska nie ma pieniędzy. Prawowici spadkobiercy w Polsce burknęli coś cicho. Nikt przecież niestety nie zwraca na nich uwagi – oprócz malutkiego środowiska konserwatywno-libertariańskiego. Natomiast media światowe nagłośniły wypowiedzi działaczy żydowskich na temat wycofania się przez Polskę po raz kolejny z obietnicy zadośćuczynienia ofiarom Holokaustu. Podkreślmy, że nie chodziło o występowanie w imieniu indywidualnych spadkobierców, a o przemawianie w imieniu całej społeczności, z zasady przez przedstawicieli organizacji, które wzięły na swoje barki zadanie reprezentowania ofiar niemieckiej eksterminacji bez względu na to, czy mają prawnych spadkobierców, czy nie. W tym właśnie kolektywistyczno-lobbystycznym kontekście należy rozmieć wypowiedzi rozmaitych działaczy. Swój wielki zawód decyzją gabinetu Donalda Tuska wyraził Stuart Eizenstat – prawnik i prominentny polityk związany od lat z Partią Demokratyczną, w latach dziewięćdziesiątych ambasador USA przy Unii Europejskiej, a obecnie jeden z najbardziej aktywnych ekspertów od spraw odzyskiwania mienia ofiar Holokaustu. Inni – m.in., ziomkostwo polskich Żydów w Izraelu – wypowiadali się w podobnie smutnym czy urażonym tonie, podkreślając konieczność zwrotu mienia. W USA tzw. Komisja Helsińska parlamentu amerykańskiego potępiła Polskę i poparła żądania rewindykatorów (kliknij po więcej). Największe kontrowersje wywołała wypowiedź radcy prawnego Światowego Kongresu Żydów, Menachema Rosensafta, który wezwał do bojkotu Polski. Stwierdził on, że Polacy współuczestniczyli w Holokauście, co najlepiej pokazuje sprawa Jedwabnego; Polacy zyskali na eksterminacji ludności żydowskiej, kradnąc czy przejmując jej mienie; po wojnie Polacy dalej mordowali Żydów, co widać przecież choćby na przykładzie Kielc; a z żydowskiego złota i nieruchomości Polacy korzystają niemoralnie nadal. Ogólnie: Rosensaft mówił Grossem. Szefostwo Światowego Kongresu Żydów złagodziło nieco wypowiedź swojego radcy prawnego, zaprzeczając, że ma być bojkot. Przynajmniej na razie. Ale przyszłą taktykę można również wyczytać u Grossa: kampania propagandowa już jest; moralny szantaż idzie w najlepsze, bojkot być może będzie wnet. Polska podzieli losy Szwajcarii, w końcu „makabryczny bajkopisarz” – jak go określił Stanisław Michalkiewicz – nie bez kozery pisze o wspólnocie szwajcarskich bankierów i polskich chłopów. To wszystko pokazuje dobitnie, jak wielkie znaczenie propagandowe na Zachodzie mają wynurzenia Jana Tomasza Grossa. I jak bardzo negatywnie wpływa on na sprawę pojednania żydowsko-chrześcijańskiego. Naturalnie nie sugerujemy, że socjolog z Princeton steruje kampanią rewindykacyjną. Twierdzimy jedynie, że jego „odkrycia naukowe” po prostu powielają powszechne stereotypy pokutujące zarówno wśród przeciętnych członków wspólnoty, jak i wśród prominentnych przedstawicieli światowej społeczności żydowskiej. A ci z kolei od lat dzielili się tymi uprzedzeniami z (post) chrześcijańskimi współobywatelami zachodnich państw, w których mieszkają. Stąd popularność książek Grossa na Zachodzie. Wpisują się po prostu w tutejszego ducha czasów, w tutejszą kulturę. Stąd ich wielka użyteczność w ilustrowaniu moralno-historycznego przekazu kampanii rewindykacji mienia. Stąd redukowanie wszystkich problemów restytucyjnych do winy Polski. Stąd przekonanie, że Polska odpowiada za całość mienia żydowskiego, tak jakby nie było umów jałtańskich, rozbioru powojennego, Związku Sowieckiego, a teraz Ukrainy, Białorusi i Litwy. Stąd też i wielowymiarowa dezinformacja, w tym taka, że restytucja = Żydzi. A przecież restytucja dotyczy wszystkich obywateli. Niestety polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie bardzo potrafi sobie poradzić z ogromem wyzwania w sprawie restytucji. Przyznajemy, że nie jest możliwa błyskawiczna zmiana mentalności ludzi Zachodu, szprycowanych monotematycznymi wywodami à la Gross od dziesięcioleci. Natomiast jest możliwe prowadzenie odpowiedniej polityki informacyjnej, która mogłaby na długą metę doprowadzić do zmiany tej mentalności. Polityka informacyjna powinna składać się z dwóch członów: akcji doraźnej i długofalowej. W ramach akcji doraźnej przydałoby się wytłumaczyć sprawy restytucji mienia najpierw w polskiej prasie, a szczególnie na witrynie MSZ. Na razie są tylko króciutkie wstępy opisujące dokumenty „reprywatyzacyjne”, zawierające linki do długachnych elaboratów. Wstępy są bardzo lakoniczne, a elaboratów prawie nikomu nie chce się czytać. Tutaj trzeba pigułki po dwa akapity. Następnie trzeba wiedzieć, że w USA i gdzie indziej na Zachodzie właściwie nikt nie wie nic na temat tych spraw. Przydałoby się opublikować odpowiednie ogłoszenia przez MSZ (bądź „autorytety moralne”) na całą stronę w „The Washington Post” i „The New York Times”, tłumacząc, że: Po pierwsze – restytucja ma dotyczyć wszystkich: chrześcijan, żydów i ateistów, ale sprawa spowolni się ze względu na globalną zapaść gospodarczą. Po drugie – mienie w Polsce konfiskowała narodowo-socjalistyczna III Rzesza i komunistyczny Związek Sowiecki, a nie niepodległa, suwerenna i demokratyczna Rzeczpospolita. Po trzecie – duża część ludności żydowskiej II RP mieszkała na Kresach Wschodnich. Tereny te Sowieci zabrali Polsce. Spadkobiercy powinni więc zwracać się do rządów Białorusi, Ukrainy i Litwy w tych sprawach. Polska i tak już zgodziła się włączyć spadkobierców żydowskich do ustawodawstwa tzw. rewindykacji „zabużańskich” (tutaj niestety znów kłania się nieszczęsne komunistyczne nazewnictwo – „zabużański” oznacza m.in. z Podlasia, a chodzi przecież o Kresowiaków z II RP). Po czwarte – restytucja mienia żydowskiego w Polsce miała miejsce zaraz po wojnie i w wielu przypadkach, o ile znalazł się spadkobierca, mienie to zwracano. Po piąte – USA zaakceptowały od PRL w 1960 roku 40 milionów dolarów (co na dzisiejsze pieniądze stanowi ok. 300 milionów dolarów) jako fundusze na restytucję dla swoich obywateli. Po szóste – restytucja mienia żydowskiego ma miejsce od 1989 roku i dotyczy zarówno własności indywidualnej, jak i gminnej (głównie zrzeszeń religijnych). Każdy z sześciu punktów należy krótko i przystępnie opisać. Każdy z nich musi być również poparty odpowiednimi dokumentami, filmami popularnymi oraz monografiami naukowymi. Tak powinna wyglądać doraźna kampania informacyjna. Powinna mieć miejsce w Polsce i na całym świecie. Na długą metę kampania taka powinna opierać się na systemie wiedzy eksperckiej w sensie taktycznym i strategicznym. Wiedza taka jest niezbędna, aby negocjować, aby bronić się, aby atakować. Na przykład zamiast dąsać się na Menachema Rosensafta, trzeba mu kompetentnie odpowiedzieć, że myli się generalnie i szczegółowo. Uderzyć w jego kompetencje jako prawnika (a machnąć taktycznie ręką na nieuctwo historyczne). Wytknąć, że popełnia błąd, gdy twierdzi, że paserska restytucja z 1960 roku dotyczyła tylko obywateli amerykańskich sprzed II wojny światowej. Odnosiła się ona bowiem również do osób, które obywatelstwo amerykańskie nabyły po 1945 roku. Wiem, bo nasza amerykańska rodzina dostała z tego chyba ze 2 miliony dolarów, nota bene występując tylko o część swojego mienia, za które komuniści zapłacili Waszyngtonowi malusieńki ułamek jego wartości, ale rodzina niestety przyjęła, co zamyka sprawę w sensie prawnym, bez względu na paserską niesprawiedliwość takiej formy restytucji. Powinno się też delikatnie poinformować Rosensafta – w końcu radcę prawnego Światowego Kongresu Żydów – że restytucja mienia żydowskiego toczy się w najlepsze od 1989 roku. Na przykład w ramach umowy o paserskiej restytucji z 1960 roku Seminarium Teologiczne Yeshivath Chachmey w stanie Michigan przyjęło w 1964 roku 177 tys. dolarów odszkodowania za utracone w Lublinie nieruchomości. Jednak po 1989 roku gmina żydowska w Polsce wystąpiła o zwrot tych samych nieruchomości i odzyskała je w 2001 roku, co jest sprzeczne z prawem. Sprawa wyszła na jaw, ale nie wiadomo mi o żadnych konsekwencjach (zob. „Jesziwa podwójnie zwrócona”, „Kurier Lubelski”, 5 września 2008). W innym wypadku zwrócono nieruchomości gminie żydowskiej w Poznaniu, mimo że wiadomo było, iż przed wojną hipoteka tych własności była straszliwie zadłużona na rzecz miasta i państwa (zob. Wojciech Wybranowski, „Oddali z nawiązką”, „Nasz Dziennik”, 28 sierpnia 2002). Można też Rosensafta uraczyć przykładami sfałszowanych i bezprawnych „żydowskich” odzyskiwań w Krakowie, gdzie właścicielem miał być ponad stuletni staruszek, który w rzeczywistości zmarł w Izraelu pół wieku temu, czy w Katowicach, gdzie jeden z zamieszanych w sprawę przedstawicieli gminy żydowskiej popełnił samobójstwo, gdy rzecz wyszła na jaw. Pisałem o tym w „Poland’s Transformation” (2003). Takie detale są naturalnie pomocne. Jednak z Rosensaftem i jego towarzyszami powinniśmy mówić przede wszystkim o statystykach, o generalnym stanie restytucji. Mówimy więc tutaj o konkretnej wiedzy. Wiedzę tę trzeba kompetentnie przetworzyć i przekazać. Aby wiedzę taką nabyć, trzeba naturalnie mieć odpowiednie fundusze na instytucje i stypendia. W post-PRL nie ma kadr. Kadry takie należy więc wykształcić na Zachodzie. Ponieważ większość zachodnich uniwersytetów jest postmodernistyczna i kontrkulturowa, należy bardzo uważnie selekcjonować uczelnie wyższe do kształcenia kadr. Jeśli chodzi o sprawy dyplomacji, obronności oraz wywiadu i kontrwywiadu, nie ma lepszej placówki na świecie niż nasza uczelnia – The Instititute of World Politics. Dajemy wiedzę w zakresie obsługi instrumentów sprawowania władzy (instruments of statecraft). Potrzebna jest też inna wiedza, ekonomiczna, prawna, historyczna, którą trzeba uzyskać gdzie indziej. Selekcja odpowiedniej placówki jest sztuką samą w sobie i opiera się zwykle na prestiżu danej uczelni. Trzeba jednak przede wszystkim wiedzieć, co reprezentują pracujący w niej profesorowie oraz przybywający do nich studenci. Na przykład student będący niezłomnym konserwatystą może śmiało walić do Jana Tomasza Grossa na Princeton, bo nauczy się tam wiele i go nie przekabacą. Natomiast student-mięczak zlewaczeje (bowiem tak perwersyjna jest kontrkultura i duch czasów na amerykańskich uniwersytetach) nawet wtedy, gdy pośle się go do spadkobierców von Hayeka na Uniwersytecie Chicagowskim. Kluczem jest więc odpowiedni dobór w Polsce pod kątem intelektu, odporności psychicznej i twardości ideowej, a następnie wybranie odpowiedniej uczelni i programu. A potem gwarancja godnych zarobków w Polsce, o ile naturalnie świeżo upieczony ekspert na to zasługuje swoimi zdolnościami, osiągnięciami, profilem intelektualnym i predylekcjami ideowymi. Jeśli nie – to do widzenia. Nota bene powinno się z takim kandydatem na studia zagraniczne podpisywać odpowiedni kontrakt. O ile nie spełni oczekiwań, będzie musiał zwracać pieniądze za stypendium. Powinno to ograniczyć dezercje ideowe i instytucjonalne, w tym naturalną skłonność do zostawania na Zachodzie, gdzie są przecież szersze perspektywy rozwoju. Stypendysta musi wrócić do Polski, aby odpracować stypendium i wykształcić następnych specjalistów. Po powrocie do Kraju kadry powinny utworzyć odpowiednie instytucje, w ramach których dzieliłyby się swoją ezoteryczną wiedzą z miejscowym narybkiem. Sugeruję nowe instytucje, a nie wrzucanie wykształconych choćby w IWP kadr do zlewaczałych uczelni postkomunistycznych, takich jak Uniwersytet Warszawski czy KUL. Skończy się to bowiem „wykastrowaniem” reformatorów i zneutralizowaniem reform. Tak dyktuje prawo Kopernika-Grishama: zły pieniądz wyprze dobry. Dopóki na obecnie działających polskich uczelniach nie będzie dekomunizacji i dezagenturalizacji, nie ma co marnować na nie czasu. Przecież inaczej postkomunistyczna profesura już dawno zajęłaby się plagą plagiatów we własnych szeregach i wśród swoich milusińskich klonów. Ale oni wolą wraz z biurokracją ministerialną ścigać choćby Pawła Zyzaka i jego promotora. W każdym razie wynikiem długofalowej działalności eksperckiej będą kompetentne kadry, czyli wiedza, jak działać, jak się przygotowywać i czego się spodziewać. I tutaj też są potrzebne wytyczne i stypendia badawcze. Na przykład czy MSZ jest w stanie powiedzieć, ilu obywateli amerykańskich przyjęło paserską restytucję z 1960 roku? Czy MSZ wie, ilu polskich Żydów odzyskało mienie po 1944 roku, a ilu po 1989 roku? Czy MSZ potrafi poinformować tzw. społeczność międzynarodową, ilu indywidualnych spadkobierców odzyskało mienie? A ile mienia odzyskały i w jakich okolicznościach gminy żydowskie po 1989 roku? Słyszałem na przykład o cmentarzach żydowskich na Pomorzu i pewnej firmie benzynowej. A włos jeży się na głowie na wieść o kłótniach między podległymi Warszawie mainstreamowymi działaczami a rozłamowcami z gminy, którzy ponoć poszli pod jurysdykcję Berlina. Co na te tematy wie Ministerstwo Sprawiedliwości? A Ministerstwo Przekształceń Własnościowych czy jak tam się ta biurokracja nazywa? No to słuchamy. Myślę, że Polacy w Kraju też są tym zainteresowani. Zaraz usłyszymy wymówki i marudzenie, że przecież na to potrzeba wieloletnich badań, że właściwie przecież po co to etc., itd., itp. I w końcu: skąd na to wszystko pieniądze – na takie badania, na kompetentne kadry, na instytucje kształcące kompetentnych. Skąd fundusze? Jak to? Choćby od księcia Radziwiłła. On na pewno dałby, gdyby była restytucja. Dawał przecież i na wileńskie „Słowo”, i na stypendia dla studentów Uniwersytetu Stefana Batorego. Zresztą takich osób było dużo więcej – od krawca i piekarza do prawnika i lekarza oraz fabrykanta i bankiera. A kto zebrał i wydał dzieła Norwida? Kto to sfinansował? No kto? Państwo? Odpowiedź publikujemy w zaprzyjaźnionym z NCZ! następnym numerze „Glaukopisu” (kliknij tutaj). Teraz możemy tylko ujawnić tyle: gdy jest tradycyjna elita dbająca o polskie interesy, nie trzeba wcale czekać na reakcję państwa dojącego od podatnika pieniądze.
Copyright © 2009 www.internationalresearchcenter.org
Strony Internetowe webweave.pl