"It's difficult to admit the obvious"
political world

Wgląd w zniewolony umysł: sowiecki czy radziecki

Jan Marek Chodakiewicz |Tuesday, October 27, 2009

Często powtarzamy słowa, nie zdając sobie sprawy ani z ich pochodzenia, ani z intencji ich autorów. Robimy to odruchowo, instynktownie. Świadomi Polacy powinni jednak – wydobywając się z czeluści totalitaryzmu – być bardzo wrażliwi na pewne słowa, bo powtarzanie kalek propagandy komunistycznej, wprowadzonej nad Wisłą terrorem, służy utrwalaniu ponurej spuścizny systemu zniewolenia.


Najlepiej to wytłumaczyć na przykładzie słowa „sowiecki” i „radziecki”. Ostatnio redaktorka wydawnictwa Arcana, bez mojej wiedzy i zgody, zmieniła mi słowo „sowiecki” na „radziecki”. Jeśli byłoby to lewackie czy przeciętne wydawnictwo, machnąłbym ręką. Po konserwatystach spodziewam się więcej. Podobnie przykro mi się zrobiło, gdy w korespondencji ze mną słowa „radziecki” użył młody konserwatysta z MSZ.

Opowiadałem o tym znajomym na Florydzie, państwu Lidii i Władysławowi Poncet de Riverie. Pan Władysław – ze spolonizowanych Francuzów – był w AK, przeżył w więzieniu na Zamku w Lublinie własną egzekucję, następnie uciekł przed Sowietami na Zachód. Potem pracował jako dziennikarz w Radiu Wolna Europa. Powiedział, że gdzieś od połowy lat 60. on też używał słowa „radziecki”. Ale tylko w komentarzach sportowych; w komentarzach politycznych dalej stosował „sowiecki”. Pan Władysław i jego koledzy z RWE zdawali sobie sprawę ze skuteczności indoktrynacji komunistycznej w PRL i na poziomie popularnym, chcąc dotrzeć do słuchacza, stosowali „radziecki”. Robili to jednak z całą świadomością, a nie bezwiednie, jak redaktorka Arcanów.
Kilka lat temu napisałem książkę o Narodowych Siłach Zbrojnych. W Polsce poradzono mi, abym zmienił słowo „sowiecki” na „radziecki”, bowiem temat NSZ jest wystarczająco kontrowersyjny, a „trzeba unikać podejrzeń o fanatyzm”, jak mnie pouczył zaprzyjaźniony historyk, o raczej liberalnych poglądach. Wzruszyłem ramionami. Na amerykańskich uniwersytetach uczą pragmatyzmu. W końcu chodzi o to, aby czytelnika przekonać, a najlepiej się to robi pozostając w ramach obowiązującego konwenansu. Zmieniłem „sowiecki” na „radziecki”.
 
  Wkrótce po ukazaniu się mojej książki dostałem list z Kanady od uczestnika powstania warszawskiego i oficera NSZ, inż. Tadeusza Siemiątkowskiego. Pytał, dlaczego użyłem słowa „radziecki”. Załączył też kopię listu Jerzego Giedroycia, w którym redaktor „Kultury” przyznawał: „na temat «sowiecki czy radziecki» piszemy dosłownie od kilkudziesięciu lat, ze słabym zresztą rezultatem”. W tym czasie paryskie „Zeszyty Historyczne” (nr 99 z 1992) zamieściły list inż. Zbigniewa Sebastiana Siemaszki, w którym ten były więzień Gułagu i wybitny konserwatywny historyk emigracyjny skarżył się na redaktorów wydawnictwa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, którzy w opublikowanym opracowaniu zmienili bez pozwolenia autora słowo „sowiecki” na „radziecki”. Zbigniew Siemaszko protestował: „Warto przypomnieć, że terminologia «radziecka» została zainicjowana przez środowisko, na czele którego stali Marchlewski i Dzierżyński w 1919 roku, a potem by- ła używana przez Komunistyczną Partię Polski, «Nowe Widnokręgi» Wandy Wasilewskiej, Związek Patriotów Polskich, PZPR i PRL. Natomiast środowiska, w których ja się obracałem podczas swego życia (w okresie pobytu w Sowietach włącznie) używały terminologii «sowieckiej»”.

Po moim powrocie do USA wpadłem do nestora emigracyjnej publicystyki prawicowej, Wojciecha Wasiutyńskiego, aby pogadać o kraju i naciągnąć go na wspomnienia. A ten prawie z miejsca mnie spytał, dlaczego w książce zmieniłem słowo „sowiecki” na „radziecki”. Przecież w brudnopisie, który czytał, tak nie było. Podniósł przy tym w charakterystyczny sposób brwi, odchrząknął i zmienił temat. Każdy, kto go znał, wiedział, że to były oznaki wielkiego niezadowolenia. Poczułem, że zawiniłem. Mój pragmatyzm okazał się nie na miejscu.
 
  Dla Wojciecha Wasiutyńskiego była to sprawa zasadnicza. Spierał się o to wielokrotnie zarówno z nieświadomymi naśladowcami, jak i z pragmatykami. Jak wspomina: „Przez dwanaście lat pracy w nowojorskiej redakcji RWE miałem z [Janem] Nowakiem tylko jeden groźny konflikt. Było to w okresie, gdy Departament Stanu naciskał na łagodzenie kursu RWE. W tym czasie Voice of America w swoich audycjach polskich przeszedł z używania słowa «sowiecki » na «radziecki». Niedługo potem Nowak, bez wyjaśnienia, polecił listownie zrobić to samo w naszych audycjach. Napisałem do niego prywatny list, że się nie podporządkuję temu poleceniu, ponieważ uważam sprawę za zasadniczą. Propagandę robi się słowami i mają one wagę. Wszystkie narody używają słowa «sowiecki», nawet Czesi iWę- grzy, nie mówiąc o Niemcach i Zachodzie. Tylko tym, których uważali za swoich, tj. Ukraińcom i Polakom, bolszewicy narzucili tłumaczenie dosłowne (radianskyj, radziecki), w polskim wypadku zupełnie błędne gramatycznie (radziecki od radca, a nie rada). Przez okres niepodległości wszyscy Polacy mówili «sowiecki», a tylko komuniści czołobitnie «radziecki». Jeżeli inicjatywa jest amerykańska, trzeba się jej oprzeć. Nowak wpadł w pasję, pobiegł z moim listem do Amerykanów i zażądał usunięcia mnie. Jakoś z tego nic nie wyszło, ale był obrażony i stwierdził potem, że zmiany nazewnictwa dokonał na życzenie prymasa [Stefana] Wyszyńskiego i generała [Władysława] Andersa. Generał Anders powiedział, że sam mówi zawsze «sowiecki» i nie doradzał zmiany słowa w radiu. Nieco później w Rzymie prymas również twierdził w rozmowie z [prezesem emigracyjnego Stronnictwa Narodowego] Tadeuszem Bieleckim, że żadnych poleceń nie wydawał, że w Polsce jedni mówią «sowiecki», inni «radziecki », a «my najczęściej mówimy po prostu moskiewski». Niestety, wszystkie te trzy osoby nie żyją i nie mam dowodu, gdy Nowak upiera się nadal, że działał z tak wysokiego natchnienia. Widocznie jednak coś go korci, skoro do tego po tylu latach wraca. Później nasze stosunki załagodziły się i ułożyły poprawnie. Zapewniłem go, że nie kwestionowałem jego patriotyzmu. Słowa «radziecki» nie używałem nadal i nie używam do dziś inaczej niż ironicznie. Dodać może warto, że w tekstach radiowych publikowanych na emigracji starannie zamieniano wszędzie «radziecki » na «sowiecki»” (Wojciech Wasiutyński, „Prawą stroną labiryntu: Fragmenty wspomnień”, Gdańsk: Exeter, 1996).
 
  Przyjęło się, że ponieważ komuniści narzucali własny styl dziennikarzom, obecnie publicystom należy zostawiać wolną rękę. Jest to dobra zasada. Ale nie oznacza, że nie można wpływać na ludzi pióra. Wielu z nich bezwiednie stosuje słowa ukute przez komunistów. Niewielu się zastanawia nad ich implikacjami. Dobrze byłoby, gdyby powstały tzw. rule books, czyli książki reguł tłumaczące te sprawy. Dobrze byłoby też, gdyby redaktorzy gazet za każdym razem pytali autora, czy rzeczywiście chce użyć terminu „radziecki”. Słowo to przecież zaistniało w języku polskim sztucznie. Było ono narzucone przemocą, a jego obieg i popularyzację gwarantowała brutalna cenzura komunistyczna. Do dziś jest symbolem zniewolenia umysłów. Używać słowa „radziecki” to tak, jak pisać o 17 września 1939 roku czy 22 lipca 1944 roku jako o dacie wyzwolenia.
 
  Ale już po 1989 r. były sygnały, że się zmienia. Otóż rozdział mojej książki o NSZ opublikował „Wojskowy Przegląd Historyczny”. W tekście redaktorzy zmienili mi słowo „radziecki” na „sowiecki”. Tłumaczyli: „Wracamy do tradycji Polski niepodległej. Nie ma powodu, aby nadal stosować komunistyczną terminologię”. Bardzo się ucieszyłem. Pan Wasiutyński też. To było tuż przed jego śmiercią. Ale z „radzieckimi” umysłami zmagamy się dalej.
Copyright © 2009 www.internationalresearchcenter.org
Strony Internetowe webweave.pl