"It's difficult to admit the obvious"
political world

Koniec Legendy marzec 1968

Marek Chodakiewicz|Sunday, August 2, 2009

Tzw. „wydarzenia marcowe” skoordynowane były z sowiecką ofensywą antyizraelską oraz bliskowschodnią reorientacją Kremla. Specyficzny smaczek nadała im walka o władze w PRL. Z punktu widzenia społeczeństwa był to jeszcze jeden krok na drodze do wolności. Natomiast rok 1968 widziany przez pryzmat oddolnej skali społecznej, jeśli chodzi o ogrom mobilizacji narodu nie umywał się do opierających się na idei walki bez przemocy ogólnopolskich, masowych demonstracjach z roku 1966 r.

Polityka komunistów tubylczych w Polsce wobec ludności żydowskiej i Izraela zawsze odzwierciedlała stosunek do tych problemów władców Kremla. Generalnie w stosunku do Żydów Sowieci mieli podobne plany jak do reszty ludzkości: chcieli eksterminować żydowską elitę tradycyjną,  a lud zmienić w bydło robocze – homo sovieticus. A Izrael – tak jak cały świat – miał stać się komunistycznym rajem.          

Z taktycznego punktu widzenia polityka komunistyczna w stosunku do Żydów to seria zawijasów. Głównie kierowano się pragmatyzmem, instrumentalizowano kwestię żydowską. Aby przeciwdziałać syjonizmowi, w 1934 r. w Związku Sowieckim ustanowiono Żydowski Okręg Autonomiczny Birobidżan. Promowano w nim zsowietyzowaną kulturę żydowską w języku yidisz. Wnet jednak wielu komunistycznych i pro-komunistycznych aktywistów żydowskich padło ofiarą Wielkiej Czystki. Żydowskie życie zamarło tam właściwie do lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, chociaż w latach siedemdziesiątych dozwolono pro forma na otwarcie żydowskiego teatru. Model podobny zamrożonej pseudo-kultury żydowskiej w komunistycznym sosie praktykowano też w sowieckich satelitach, a w tym i PRL. 

           Jednak jeszcze przed przewrotem 1917 r. bolszewicy uważali, że antysemityzm to zabieg reakcjonistów aby odwrócić uwagę „mas pracujących” od walki klas. Dlatego propaganda komunistyczna zwalczała propagandę antyżydowską na całym świecie. Dlatego w Związku Sowieckim za antysemityzm wsadzano do Gułagu. Potem – przynajmniej początkowo – antyżydowskość ścigano administracyjnie w sowieckich satelitach Europy Wschodniej. We wczesnym PRL można było trafić do obozu za antyżydowskie dowcipy. Przynajmniej do końca lat czterdziestych Sowieci i ich tubylczy przedstawiciele w Bloku Socjalistycznym pozowali na obrońców Żydów. Było to obliczone  przede wszystkim na odbiorców zagranicznych.

            Dzięki przebiegłej szaradzie komunistom udało się zachęcić do współpracy na froncie „anty-anty-semickim” (częściej zwanym „antyfaszystowskim”) różnej maści lewicowców, szczególnie liberałów, o których władcy Kremla wyrażali się wprost: „użyteczni idioci”. Ten rzekomy filosemityzm miał pomóc komunistom w podbitych krajach Europy środkowej i wschodniej w zalegitymizowaniu się na arenie międzynarodowej. Cały świat „wiedział”, że przedwojenna Polska „prześladowała Żydów”. Cały świat słyszał, że „polscy faszyści” pomagali Hitlerowi w eksterminacji ludności żydowskiej w czasie wojny i po niej. A komuniści Żydów rzekomo hołubili. W związku z tym okupacja komunistyczna Polski była usprawiedliwiona przynajmniej w tym ważnym względzie: rzekomo nie było prześladowań Żydów.  

           W rzeczywistości po drugiej wojnie światowej komuniści odmówili oddania własności żydowskiej prawowitym właścicielom (i jakiejkolwiek innej własności). Ponadto władze zwalczały wolny rynek, co wymierzone było również w tradycyjne zajęcia żydowskie – handel i rzemiosło. Oprócz tego, szczególnie w latach 1944-1947, komuniści nie zapewnili bezpieczeństwa ludności żydowskiej, a działania władz – pośrednio i bezpośrednio – powodowały i zaostrzały konflikt z ludnością chrześcjańską Polski. Sytuacja ta doprowadziła do masowego eksodusu Żydów z Europy Środkowej i Wschodniej.

         Komuniści tubylczy w Polsce dozwolili aby ponad 100 000 osób „nielegalnie” przekroczyło granicę na Zachód. Strach przed rzekomo nadchodzącą III wojną, niepewność jutra, mienia i życia, kłopoty z uprawianiem tradycyjnych zawodów, trauma po przejściach Holocaustu, oraz odrzucenie sowieckiego systemu (szczególnie wśród licznie powracających z ZSSR) powodowały, że Żydzi masowo decydowali się porzucić Polskę (i inne satelity sowieckie).

        Było to w okresie, gdy komunistyczne władze okupacyjne dokładały wszelkich starań, aby nie dopuścić do ucieczki na Zachód Polaków, niepodległościowców szczególnie. Sprawa ta nie została jeszcze należycie zbadana, aczkolwiek najbardziej logiczną wydaje się następująca hipoteza; w interesie Kremla było stworzenie sytuacji zagrożenia w krajach satelckich, aby spowodować wyjazd Żydów (akty przemocy antyżydowskiej miały miejsce właściwie wszędzie, a sprawa restytucji mienia została potraktowana tak samo negatywnie we wszystkich „demoludach,” a nie tylko w Polsce).

             Kreml liczył, że masowy exodus Żydów spowoduje załamanie się systemu opieki społecznej na Zachodzie oraz, że wywoła niepokoje i zamieszki. W tym czasie Europa Zachodnia przechodziła straszliwy kryzys gospodarczy, polityczny i społeczny. Tubylczy komuniści we Włoszech, Francji i Belgii byli u szczytu popularności. W obliczu załamania się prawa i porządku – oraz przy obojętności USA -- mogli liczyć na zdobycie pełnej władzy. Co więcej, Kreml miał nadzieję, że przynajmniej część uchodźców żydowskich znajdzie się w Palestynie, gdzie trwały walki o Erec Izrael.

           Moskwie chodziło o podminowanie pozycji Wielkiej Brytanii na Bliskim Wschodzie; a syjoniści byli w tym czasie programowo antybrytyjscy. Dlatego też Sowieci poparli powstanie Izraela. 

          Tymczasem wewnątrz Bloku Sowieckiego następował zwrot w sprawie tzw. „kwestii żydowskiej.” W Sowietach rozpoczęto „kampanię antykosmopolityczną”. Jej ofiarą padli głównie działacze Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego już w 1948 r., a potem, w 1952 r. tzw. „lekarze truciciele”, wśród których było wielu Żydów. Podobnie antyżydowskie („antykosmopolityczne”) podłoże miały toczące się w tym czasie (wczesne lata pięćdziesięte) walki wewnątrzpartyjne w Czechosłowacji (sprawa Rudolfa Slanskyego), na Węgrzech (sprawa Noela Fielda), oraz w Rumunii (sprawa Any Pauker). W większości ucierpieli wtedy żydowscy komuniści. W wyniku tych czystek w większości demoludów zapanował „narodowy bolszewizm.” 

                W Polsce jednak z toczonych pod koniec lat czterdziestych bojów między „krajowcami” a „moskwiczanami” wyszli zwycięsko ci ostatni, a wśród nich było wielu prominentnych komunistów pochodzenia żydowskiego. Naturalnie w takt kremlowskich kurantów denuncjowali oni i „kosmopolitów” i Izrael. Podobnie w 1956 r. frakcja nawiązująca do tradycji „krajowców,” a szermująca retoryką antyżydowską przegrała ze „zreformowaną” frakcją wywodzącą się z byłych „moskwiczan”, która stosowała slogany antysowieckie. Obu grupom chodziło o zdobycie władzy za pomocą nacjonalistycznej mobilizacji Polaków. Wygrali „zreformowani” „moskwiczanie”, którzy pozornie paradoksalnie poparli wywodzącego się z „krajowców” Władysława Gomułkę. Zwycięzcy wprowadzili „narodowy bolszewizm” czyli tzw. „polską drogę do socjalizmu.” Gomułka i jego poplecznicy zdobyli więc dużą dozę autonomii wewnętrznej w PRL, ale w polityce zagranicznej Warszawa wiernie naśladowała Moskwę.  

             Kreml tymczasem przygotowywał się do zmian w polityce bliskowschodniej. Przynajmniej od połowy lat pięćdziesiątych okazało się jasne, że ZSSR nie jest w stanie kontrolować Izraela. Demokracja parlamentarna tamże paraliżowała wszelkie wysiłki tubylczych komunistów dążących do zmajoryzowania systemu. Filosowietyzm wśród ludności i elit występował nie jako oznaka powszechnego serwilizmu wobec Kremla, ale jako funkcja postępowości części intelektualistów oraz wdzięczności za zniszczenie Hitlera wśród ogólu.

           Nawet przysłane przez Sowietów „śpiochy” i „krety” infiltrujące służby specjalne Izraela poczuły się jak u siebie w domu i przeszły w większości na stronę swojej ojczyzny i Zachodu. Izrael coraz chętniej współpracował ze Stanami Zjednoczonymi. Jednocześnie w siłę rósł arabski narodowy socjalizm. Sowieci patrzyli na niego coraz łaskawszym okiem. Tym bardziej natężała się ich krytyka wobec Izraela.  Pretekstem do całkowitej zmiany przymierzy była Wojna Sześciodniowa (5-10 czerwiec 1967). Izrael z zaskoczenia zniszczył armie arabskie. Sowieci natychmiast potępił Izrael i Zachód, szczególnie Stany Zjednoczone, które udzieliły Żydom znacznego wsparcia. Zaciśnięto stosunki z państwami arabskimi. Zerwano kontakty dyplomatyczne z Tel Awiwem. Komunistyczna propaganda rozszczekała się przeciwko Izraelowi i „syjonistom.” Produkowano na masową skalę antysyjonistyczne artykuły oraz plakaty, wiele z nich do złudzenia przypominające antyżydowskie karykatury z nazistowskiego Der Stürmer.

             Naturalnie na kremlowską komendę odpowiedziały prawie wszystkie demoludy (oprócz Rumunii). W PRL wprowadzano w życie scenariusz moskiewski po dostosowaniu go do krajowych norm. Szła walka o władzę nie tyle z pozostałością po „moskwiczanach”, co  raczej w ramach samego obozu byłych „krajowców” – po 1956 r. całkowicie popierającego Gomułkę. Teraz wyodrębniła się z niego frakcja „partyzantów” związanych z komunistycznym aparatem terroru. Jej przywódcą był Mieczysław Moczar. Ten miał poparcie szefów KGB Aleksandra Szelepina i Vladimira Semiczastnego. „Partyzanci” wiedzieli, że po 1956 r. w Polsce zatriumfował „narodowy bolszewizm.” Uważali jednak, że ponieważ system ten - symbolizowany przez Gomułkę - zainicjowali byli „moskwiczanie” należy ich symbolicznie i ostatecznie ukarać. Tak, jak to dawno miało miejsce w innych demoludach. Podminuje to Gomułkę, a wywinduje Moczara.

                 Zakulisowe ataki na ostatniego czołowego „moskwiczanina” i pro-gomułkowca, Romana Zambrowskiego, prowadzono przynajmniej od końca lat 50-tych i kontynuowano mimo jego ustąpienia z kierownictwa partii komunistycznej w 1963 r. W 1967 r. ataki na Zambrowskiego i innych post-moskwiczan i ich dzieci ubrano – zgodnie z moskiewskim duchem czasów – w szaty ofensywy przeciw „syjonistom.”   Zgodnie z bolszewickimi regułami gry Gomułka starał się swoich „partyzanckich” wrogów wymanewrować stosując ich własną broń. 19 czerwca 1967 r., zaatakował „imperialistyczno-syjonistyczną V Kolumnę” w PRL. Teraz obie frakcje krajowców licytowały się w „antysyjoniźmie”, zgodnie przeprowadzając czystki w aparacie partyjnym i państwowym.

              W antyżydowskich czystkach w armii wyróżnił się gen. Wojciech Jaruzelski. W aparacie terroru brylował Moczar i jego bliski współpracownik Grzegorz Korczyński. Uderzono też w niepokornych twórców, szczególnie przedwojennych inteligentów o niepodległościowych i antykomunistycznych przekonaniach: Stefana Kisielewskiego, Pawła Jasienicę i Januarego Grzędzińskiego.  Do rozprawienia się z uniwersytetami dały pretekst demonstracja zorganizowana przez młodych aktywistów trockistowskich – tzw. „komandosów” - w Warszawie w związku ze zdjęciem przedstawienia mickiewiczowskich „Dziadów” w marcu 1968 r.

             Demonstracje rozszerzyły się do prawie wszystkich ośrodków akademickich. Studenci żądali wolności, był to więc bunt antykomunistyczny na poziomie podświadomości. Studenci w większości nie mieli pojęcia o trockistowskiej prowinencji warszawskich aktywistów, ani o ich rodzinnych korzeniach w orientacji „moskwiczańskiej.”

               Tłumienie zamieszek poza Warszawą było bardziej brutalne, a konsekwencje znacznie surowsze. Wielu studentów relegowano bez prawa powrotu na uczelnię. Wielu złamano życie. Jedynie Kościół otwarcie występował w obronie prześladowanych. 

                   Brutalność „marcowej operacji” tłumaczy też kryzys czechosłowacki. Tzw. „praska wiosna” (styczeń-sierpień 1968) była okresem względnej liberalizacji, gdzie część komunistycznego kierownictwa toczyła walki frakcyjne ze starą gwardią pod instrumentalnym hasłem przekształcenia czeskiego narodowego bolszewizmu w „socjalizm z ludzką twarzą”. W PRL tymczasem komunistyczna ofensywa toczyła się w takt zjadliwej nagonki „antysyjonistycznej”.  

                  Nie ma jeszcze po dziś dzień pełnych zestawień ofiar represji komunistycznych. Wiadomo tylko, że dotknęły zarówno chrześcjan jak i żydów. Na przykład pośród chrześcjan do więzienia trafił konserwatywny libertarianin i katolik Janusz Korwin-Mikke, a bohater „Szarych Szeregów”  i ewangelik Jan Rossman stracił pracę.

            Pośród osób o korzeniach żydowskich w więzieniu znaleźli się choćby Antoni Zambrowski, Adam Michnik, czy Henryk Szlajfer, oraz wielu innych. Syn „moskwiczanina” Arona Bermana – Marek Borowski został wyrzucony z partii komunistycznej oraz przeniesiony na inny kierunek studiów. Ale niedługo potem już znów pracował na prominentnych stanowiskach w handlu, a wnet posłano go na staż do Francji.

                     Około 20  tysięcy osób pochodzenia żydowskiego zdecydowało się na wyjazd za granicę. Nie ma jeszcze szczegółowych badań profilu tej grupy, ale wydaje się, że wielu z nich to zwykli ludzie. Mała część marcowej emigracji to SB-becy: kilkaset osób związanych było z aparatem terroru.

                  Ciekawe na przykład jak potoczyły się losy takich ludzi, jak kat Mokotowa Piotr Śmietański? Po tego rodzaju marcowych emigrantach nie ma co płakać. Trudno też żałować rozmaitych partyjnych prominentów, którzy odcinali kupony od prześladowania zwykłych obywateli, aż poczuli „ludową sprawiedliwość” na własnej skórze i zdecydowali się opuścić PRL.

            Pamiętajmy, że przed 1956 r. takiej alternatywy nie mieli niepodległościowi Polacy rozstrzeliwani, wysyłani do Gułagu, czy wsadzani do komunistycznych więzień. Nawet ci, którzy uciekli mieli  bardzo ciężko.

        Natomiast emigracja marcowa została bardzo serdecznie przyjęta na Zachodzie. Czekały na wielu z nich posady i stypendia. Paradoksalnie wynikało to z budzącego się właśnie poczucia winy społeczeństw zachodnich w stosunku do ofiar Holocaustu i ich rodzin. W okresie Zagłady żydowscy uciekinierzy w większości nie mogli liczyć na taką życzliwość.

         Co więcej, marcowi emigranci spotkali się też z sympatią rewolucjonistów 1968 r. na Zachodzie, którzy rozpoznali – szczególnie wśród młodej generacji – swoich ideowych pobratymców. 

Tzw. „wydarzenia marcowe” skoordynowane były z sowiecką ofensywą antyizraelską oraz bliskowschodnią reorientacją Kremla. Specyficzny smaczek nadała im walka o władze w PRL. Z punktu widzenia społeczeństwa był to jeszcze jeden krok na drodze do wolności. Natomiast rok 1968 widziany przez pryzmat oddolnej skali społecznej, jeśli chodzi o ogrom mobilizacji narodu nie umywał się do opierających się na idei walki bez przemocy ogólnopolskich, masowych demonstracjach z roku 1966 r.

                Milenium Chrześcjaństwa Polski bezsprzecznie przysłoniło narodowo-bolszewicką kontrakcję komunistów: z jednej strony pozytywną (parady pseudo-patriotyczne), a z drugiej negatywną (prześladowania uroczystości kościelnych).  

          Uroczystości millenijne miały charakter religijny i patriotyczny oraz specyficznie polski. Dlatego też bunt millenijny nie zaistniał na Zachodzie prawie w ogóle, został do dużego stopnia zignorowany przez sowiecką „naukę”, a historiografia PRLowska i tzw. „dysydencka” systematycznie go pomijały.

Rok 1968 jest powszechnie znany. Antysemityzm budzi większe zainteresowanie niż antychrystianizm. 

Copyright © 2009 www.internationalresearchcenter.org
Strony Internetowe webweave.pl