"It's difficult to admit the obvious"
political world

Mao Tse Tung. Ulubieniec Białego Domu

Jan Marek Chodakiewicz |Tuesday, November 10, 2009

Ściślej mówiąc: za swego „najbardziej ulubionego filozofa politycznego” obrała Mao Tse Tunga Anita Dunn, dyrektor ds. komunikacji w Białym Domu. Jak pokazują Jung Chang i Jon Halliday w biografii „Mao: The Unknown Story” (Alfred A. Knopff, New York, 2005) trzeba bardzo szczególnej, selektywnej wrażliwości, aby uznać go za „ulubionego” na jakimkolwiek polu. Chyba że ktoś ma obsesję władzy, szczególnie zdobytej i utrzymywanej masowym terrorem i mordami. A przywódca czerwonych Chin ma czym imponować. „Mao Tse-Tung, który przez dekady sprawował absolutną władzę nad 25% ludności ziemi, był odpowiedzialny za grubo ponad 70 milionów ofiar ludzkich w okresie pokoju – więcej niż jakikolwiek przywódca XX wieku” (str. 3).

  Chang i Halliday podkreślają obsesję Mao na punkcie władzy i swojej własnej osoby. „Oczywiście istnieją przedmioty i ludzie na świecie, ale istnieją one przecież tylko dla mnie” (str. 13). Był zawsze pragmatyczny. Podporządkowywał się taktycznie silniejszym, ale otaczał się słabeuszami i potakiwaczami. Był praktykiem, a nie teoretykiem. Mao nawet nie czytał Marksa. Wystarczyło mu pobieżne przeczytanie opinii innych, szczególnie Lenina, o intelektualnym twórcy komunizmu, aby wydobyć z tego esencję: metodę zdobycia i sprawowania władzy. „Ludzie mówią, że bieda jest zła, ale w rzeczywistości bieda jest dobra. Im biedniejsi ludzie, tym bardziej są zrewolucjonizowani” – powiadał (str. 411). Do perfekcji opanował Mao technikę mobilizacji wiejskich mas przez nienawiść klasową (a gdy trzeba, również narodową i rasową – „antykolonialną”) oraz przez prowokowanie przeciwników do masakr niewinnych, co radykalizowało ludność i przeciągało najbardziej poszkodowany i najmniej świadomy element wśród młodzieży na stronę komunistów.

Według dekretu partyjnego, „jest tylko jeden sposób, aby (…) spowodować, by przeszli na stronę rewolucji (…): zastosować czerwony terror, żeby wymusić na nich takie rzeczy, których dokonanie zamknie drzwi do jakichkolwiek kompromisów ze szlachtą i burżuazją w przyszłości” (str. 61). Hasłem komunistów było „zmiażdżyć bogaczy!” A „bogacze” to ludzie, którzy mieli po kilka kur, a nie wspierali komuny. Porywano też ludzi dla okupu, nawet księży, np. ojca Samuela Younga (str. 84). Często zakładników mordowano. Mao praktykował też „rewolucyjny bandytyzm” poprzez eksterminację tradycyjnych elit oraz poprzez rabunek przeciwnej komunizmowi ludności. „Jego rajdy trudno było właściwie odróżnić od tradycyjnego bandytyzmu” (str. 56). We wczesnym okresie „czerwoni żołnierze mieli na sobie rozmaitego rodzaju i koloru ubrania, czasami nawet stroje kobiece czy szaty liturgiczne księży katolickich” (str. 66). Tych rewolucyjnych bandytów poddawano fanatycznej indoktrynacji. „Komuniści (…) dosłownie poświęcali nawet swoje dzieci, sprzedając je albo oddając na sprzedaż, aby zdobyć fundusze dla partii, co wcale nie było niezwykłe” (str. 126). Ponadto Mao i jego towarzysze handlowali opium i współpracowali z narkotykowymi gangsterami. W 1943 roku Czerwony Sternik zarobił na tym 640 milionów dolarów (wg dzisiejszego przelicznika – str. 276-277).

  Z dialektycznym zacięciem Mao wprowadzał agenturę w szeregi swoich przeciwników. Stosowano tu wypróbowane sowieckie sztuczki. Infiltrowano organizacje narodowe, gdzie prominentni działacze okazywali się po 1949 roku komunistami, jak czterech czołowych generałów Czang Kaj-szeka. Nie gardzono również niszczeniem „reakcji” rękoma okupanta. „Organizacje kolaboranckie wypełniono naszymi towarzyszami, którzy wykorzystali noże Japończyków, aby wyrzynać nacjonalistów (na przykład członków podziemia narodowego) (…) na południe od Jangcy (…), co było arcydziełem współpracy między Japończykami a naszą Partią” (str. 222).

Mao skoncentrował się na mobilizacji chłopów, choć był na ich los raczej obojętny, podobnie jak na położenie proletariatu. Pisał w 1920 roku: „Myślę, że robotnicy w Chinach nie cierpią z powodu kiepskich warunków. Tylko studenci cierpią” (str. 30). Zapisał się bowiem w tym czasie na uczelnię. Nauczył się wtedy „spać cały dzień i czytać do późnej nocy”, co pozostało mu do końca życia. Nie miał obowiązków, a miał wolny czas. Na studiach jednak począł „wylewać kubły nienawiści na swoich chińskich rodaków”. Nienawidził Chin. Już w 1918 roku napisał, że „ten kraj trzeba zniszczyć, a potem odtworzyć na nowo” (str. 15) Oprócz tego „Mao postulował spalenie wszystkich archiwów prozy i poezji po dynastiach Tang i Sung”. Udało mu się to wszystko w dużym stopniu osiągnąć, gdy objął władzę, stojąc na czele partii komunistycznej.
  Kompartię założyło w 1921 roku 13 intelektualistów. Wnet było ich 57, w tym Mao. Różnił się od innych przywódców tym, że „nie miał żadnych wyrzutów sumienia, aby brać pieniądze od Moskwy” (str. 27). Po wrześniu 1939 roku Mao ucieszyła „leninowska” możliwość, że „sowiecka pomoc ruchowi wyzwoleńczemu Chin przyjmie podobną formę… jak rosyjska okupacja Polski” (str. 220). Z drugiej strony podejmował pewne kluczowe decyzje w tajemnicy przed Stalinem, choćby naznaczając siebie szefem partii de facto, a nie tylko – zgodnie z moskiewską wolą – de iure w marcu 1942 roku. A Kreml dyktował chińskim towarzyszom, jak zdobyć władzę.
 
  Droga była pokrętna. Najpierw przymierze z nacjonalistami. Potem komuna w Kantonie, gdzie komunistyczna rewolucja po raz pierwszy rozbiła tradycyjne społeczeństwo w Chinach – znaczący eksperyment. Polała się krew, wyrzynano tradycyjne elity – „panów,” „krwiopijców”. To w Kantonie Mao zaczął fascynować się sadyzmem. „Wrogów ludu” rżnięto publicznie nożami. Jak przyznał sam w 1927 roku, „to był rodzaj ekstazy, jakiej nigdy przedtem nie doświadczyłem” (str. 42). Również tam odkrył, że dobrą formą kontroli totalnej jest regulacja stosunków seksualnych. Zakazał ich przeciętnym towarzyszom, a nomenklaturze pozwalał sobie dogadzać (potem wprowadzono takie zakazy dla całej ludności, a dotyczyło to również masturbacji – str. 332-333).

Chiński przywódca komunistyczny był też pionierem w dziedzinie rewolucyjnej odpowiedzialności zbiorowej. Nie dotyczy to wyłącznie wyrzynania całych rodzin „panów”. Chodziło o to, aby jak najwięcej ludzi wmieszać w czerwone zbrodnie. „Mao nie wymyślił publicznych egzekucji, ale dodał do tej strasznej tradycji nowoczesny wymiar – zorganizowane masówki. W ten sposób spowodował, że zabijanie stało się obowiązkowym spektaklem dla dużej części ludności. Przymuszał wszystkich do stawienia się w formie tłumu, który nie miał możliwości ucieczki z miejsca egzekucji; przymuszał ich do przyglądania się zabijaniu w ten krwawy i przewlekły sposób, gdy ofi ary ryczały z bólu. To wszystko paraliżowało strachem przyglądających się zbrodni” (str. 54 – tej metody nauczyli się od komunistów niemieccy narodowi socjaliści, jak pokazuje np. sprawa Jedwabnego). Przymuszano nawet dzieci, aby biły „małych paniczyków”. Nagminnie stosowano tortury, na przykład w grudniu 1930 roku w Szanghaju komuniści torturowali i zamordowali 4 tys. „panów”. Czasami grzebano nieszczęśników żywcem. W Futian ujęto również żony „wrogów ludu”. Zerwano z nich ubrania, następnie „ich ciała, a szczególnie ich pochwy, zostały podpalone pochodniami, a ich piersi zostały obcięte małymi nożami” (str. 93). W ten sposób w ciągu kilku lat (19311935) tzw. Czerwone Dżiangksi, pierwszy matecznik komunistów, wykazał spadek ludności o 20% – kilka milionów ofi ar (str. 109). Trudno się dziwić. Mao przecież oświadczył, że „władza wyrasta z lufy karabinu” (str. 50).
 
  W latach 20. i 30. był pionierem strategii i taktyki chińskiego komunizmu. Narzucił go Chinom na wielką skalę podczas Wielkiego Marszu (który wyzyskał do potężnej czystki wśród własnych towarzyszy), w okresie II wojny światowej (gdy głównie walczył przeciw nacjonalistom, a unikał starć z Japończykami), a szczególnie po zdobyciu władzy w 1949 roku (co w znacznej mierze osiągnął dzięki amerykańskiej indolencji i sowieckiej pomocy).
 
  Od razu przystąpiono do masakry starych elit. Zginęło przynajmniej 3 miliony ludzi, a miliony zapełniły Laogai – chiński Gułag (który pochłonie około 27 milionów ofi ar – str. 324325). Potem kontynuowano rzezie innych „wrogów ludu”, w tym czystki wewnątrzpartyjne, w takt hasła „Niech rozkwitnie tysiąc kwiatów!”. W ramach dehumanizacji Mao chciał zastąpić ludzkie imiona numerami. Szalało donosicielstwo i terror komitetów blokowych i wioskowych. Katolików prześladowano na przykład w takt oskarżeń o „kanibalizm” („Oto ciało Moje”). Największe żniwo śmierci przyniosła przymusowa kolektywizacja i „Wielki Skok Naprzód” – 38 milionów ofi ar. Tylko w 1960 roku „22 miliony ludzi zmarły z głodu”. Mao dialektycznie skomentował 9 grudnia 1958 roku: „Śmierć przynosi korzyści… (Ciała chłopów) mogą użyźnić glebę” (str. 434, 438-439, 452). Potem zabijano i prześladowano w ramach „rewolucji kulturalnej”. Represje dotknęły 100 milionów osób, z czego zginęło trzy miliony (str. 547). A enigmatycznie uśmiechający się Mao błogosławił tym przedsięwzięciom i dalej uśmiecha się do nas na placu Niebiańskiego Spokoju. Jego kult nadal legitymizuje komunę w Chinach. Nadal też imponuje na Zachodzie.
 
  Może dlatego, że miał czarujące maniery? „Mogę dużo jeść i dużo srać” – napisał w liście do towarzysza (str. 73). Zresztą „plagą życia Mao było zatwardzenie – i obsesja związana z defekacją” (str. 34). Z higieną też było u Mao na bakier. Choć uwielbiał pływać dla zdrowia, nie używał wanny ani nie brał pryszniców przez 27 lat. Nie lubił też myć zębów. Straszył wszystkich czarnymi pieńkami, co zauważył nawet Richard Nixon. Zgodnie z postępowym savoir vivre Mao ewoluował też w stronę pedofilii. U szczytu władzy otaczał go harem nieletnich dziewczynek. W ogóle żył w wielkim stylu. Wręcz wzorował się na chińskich cesarzach. Naturalnie było to wzorowanie się tylko w takim stopniu, do jakiego zdolny jest nieobyty cham. Ale od samego początku miał najlepsze jedzenie, najmłodsze konkubiny, najwygodniejsze kwatery, najprzedniejsze ubrania i najwygodniejszy transport (np.: „W czasie Wielkiego Marszu podróżowałem sobie, leżąc w lektyce. No to co robiłem? Czytałem dużo” – str. 139). Naturalnie o tych sprawach dziś w Chinach nikt nie wie. „Historia została przepisana i często postawiona na głowie” (str. 269).
 
  Chang i Halliday z powodzeniem przebili się przez hagiograficzną mgłę czerwonych biografów oraz prokomunistyczne apologie zachodnich sympatyków czy też liberalne wygibasy relatywizujące potworności chińskiej komuny. Na przykład Simone de Beavoir chwaliła rzekome unikanie przemocy u Mao (str. 460), a jej kochanek Jean-Paul Sartre jednocześnie podziwiał „rewolucyjną przemoc” Mao jako „głęboko moralną” (str. 571). W tym sensie praca „Mao: The Unknown Story” jest bardzo cennym uzupełnieniem empirycznej nauki i konserwatywnej publicystyki. Książka powstała na podstawie niedostępnych dziś źródeł, w tym dokumentów regionalnych, oraz wspomnień i wywiadów ze świadkami. W trakcie zbierania materiałów władze komunistyczne nabrały podejrzeń, że Chang i Halliday to nie Anita Dunn, i zaczęły piętrzyć kłopoty, aby następnie zupełnie zabronić badań i wstawić pracę autorów na indeks ksiąg zakazanych. Ale mimo to jest!
Copyright © 2009 www.internationalresearchcenter.org
Strony Internetowe webweave.pl