"It's difficult to admit the obvious"
political world

Palestyńczycy w grze

Jan Marek Chodakiewicz |Tuesday, November 24, 2009

Palestyna na razie istnieje jako mocno poszarpana administracja tworu, który państwem nie jest. Jest podmiotem autonomicznym. A Izrael? Z jednej strony duża część tamtejszej opinii publicznej jest przeciwko oddaniu jakiejkolwiek części terytorium państwa Arabom. Z drugiej właściwie wszyscy Izraelczycy są złaknieni pokoju. Izrael istnieje od zarania w stanie oblężenia. Ale boi się powstania Palestyny, bowiem może spowodować to zagładę Izraela.

Jest to jeden ważny powód tego, by mówić o Palestyńczykach, nie o ich państwowości. Oprócz Gazy i Zachodniego Brzegu, dużo jest ich przede wszystkim w diasporze: w USA, Unii Europejskiej. Ale najwięcej na Bliskim Wschodzie, na przykład w Arabii Saudyjskiej czy Kuwejcie. Mówi się nawet, że należy się odczepić od Izraela, a skupić na państwie palestyńskim w Jordanii, bowiem tam mieszka najwięcej Palestyńczyków. Przynajmniej dopóki ich nie wyrżnęli jordańscy monarchiści w ramach tzw. czarnego września w 1970 r. Masakra Palestyńczyków w Libanie we wrześniu 1982 r. odbyła się na mniejszą skalę, a odpowiedzialni za nią byli lokalni chrześcijańscy ekstremiści.
 
  W każdym razie arabscy bracia nie spieszą się z pomocą nieistniejącej Palestynie. Szczególnie, że wygodnie jest dyplomatycznie wyzyskiwać problem palestyński przeciwko Izraelowi i USA na arenie międzynarodowej. Dotyczy to krajów Trzeciego Świata jak i coraz bardziej Unii Europejskiej. Liczące się siły palestyńskie (i właściwie wszystkie państwa muzułmańskie oficjalnie i nieoficjalnie) odmawiają „syjonistycznemu tworowi” (Zionist Entity) prawa do istnienia.
 
  W tym skomplikowanym kontekście międzynarodowym trudno spodziewać się rozwiązania kwestii palestyńskiej w najbliższym czasie. Na dodatek, nie ma jedności wśród samych Palestyńczyków.
 
  Przyjrzyjmy się tamtejszym graczom politycznym. Można ich podzielić z grubsza na islamistów i laickich narodowych socjalistów. Naturalnie obie orientacje stworzyły kilkadziesiąt odłamów, z których kilka się liczy. Każdy z nich ma zwolenników wśród palestyńskiej diaspory. Ma też dobroczyńców w państwach ościennych. Z grubsza: narodowi socjaliści dostają poparcie od laickich reżimów arabskich (Libia czy Syria), a islamiści od rządów teokratycznych czy monarchistycznych (Iran czy Arabia Saudyjska). Naturalnie nie jest to zawsze zasadą. A islam, socjalizm i nacjonalizm występują w rozmaitych proporcjach nawet w reakcyjnych monarchiach jak Katar.
 
  Wśród religijnych grup palestyńskich najbardziej liczy się Islamski Ruch Oporu, czyli Hamas (arab. entuzjazm), ale jest to skrót od Haraket el Mukłame el Islamija). Jego zbrojne ramię to Brygady Izz Edin Kuasam. Skrajniejsze od Brygad są tylko chyba Ludowe Komitety Oporu (LKO). Otwarcie zapowiadają eksterminację Izraelczyków podobnie jak Palestyńsko-Islamski Dżihad, który jest najsilniejszym rywalem Hamasu. Jest jeszcze Armia Islamu (czyli klan Dugmosz). Grupa ta ma bardzo silne związki z podziemiem kryminalnym, silniejsze niż jakakolwiek inna palestyńska organizacja. Klan Dugmosz specjalizuje się w porwaniach, zabójstwach, szmuglu oraz handlu bronią.
 
  Na nacjonalistycznej lewicy laickiej najsilniejszy jest Al--Fatah, największy odłam Organizacji Wyzwolenia Palestyny (OWP). Jego skrajną odnogą są Brygady Męczenników Al Aksa. Rywalizują z nimi bezskutecznie lewackie: Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny (LFWP), Demokratyczny Front Wyzwolenia Palestyny oraz LFWP – Komenda Główna.
 
  Większość grup palestyńskich powstała w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Te najbardziej radykalne są produktem drugiej intifady i operują od 2000 r. Starsze organizacje na ogół nie wykluczają negocjacji z Izraelem. Młodsze chcą jego całkowitego zniszczenia. Obiecują nowy Holocaust. W Gazie rządzi islamski Hamas, a na Zachodnim Brzegu laicki Fatah.
 
  Trudno zmierzyć poparcie dla tych grup na terytoriach Autonomii Palestyńskiej. Radykalni aktywiści często przechodzą do grup, które aktualnie są silniejsze. Dlatego można znaleźć marksisto-nacjonalistów w szeregach religijnych fundamentalistów. Czasami radykałowie uczestniczą w kilku grupach naraz.
 
  Z nastawieniem ludności palestyńskiej do tych grup jest inaczej. Chrześcijanie arabscy albo są neutralni albo ciążą bardziej do narodowych socjalistów. Muzułmanie do islamistów. Ale to tylko pewne wyznaczniki sentymentów. Na pewno najbardziej popularne są te grupy, które potrafią swoim zwolennikom zapewnić bezpieczeństwo. A takich właściwie nie ma. Z jednej strony, izraelska armia bije Palestyńczyków za każdym razem na głowę i robi, co chce, jak choćby podczas ostatniego rajdu w styczniu 2009 r., który nastąpił po serii ataków na Izrael. Z drugiej strony, Palestyńczycy zabijają się między sobą. Ofiary w ciągu ostatnich trzech lat idą w setki.
 
  Probierzem popularności palestyńskich polityków w takiej sytuacji jest możliwość zapewnienia pracy i usług społecznych. W tym prym wiedzie Hamas. Ale więcej pieniędzy z zagranicy oficjalnie wpływa do kasy Fatah. Grupy te zwalczają się politycznie i fizycznie. Jak twierdzi dziennikarz Khaled Abu Toameh: „Hamas i Fatah znów zademonstrowały, że w walce o władzę, która toczy się wśród nich od trzech lat, nie chodzi o to, kto zaprowadzi w Palestynie demokrację i prosperity. Nie chodzi tutaj o to, kto zbuduje szkoły, uniwersytety i szpitale. Oni nie walczą dla dobra Palestyńczyków. Walczą o pieniądze i władzę” (20 października 2009, http://www.hudsonny.org/2009/10/hamas-and-fatah-what-are-they-really-fighting-about.php). Dziennikarz upiera się wręcz, że – paradoksalnie – Izrael czasami jest lepszy dla Palestyńczyków niż ich samozwańczy politycy. Na przykład latem 2007 r., po przejęciu władzy przez Hamas w Gazie, izraelska interwencja „ocaliła życie setek, jeśli nie tysięcy członków Fatah i ich rodzin”. Na Zachodnim Brzegu tylko obecność Izraela powoduje utrzymanie się Fatah u władzy.


  Wśród rywalizujących grup palestyńskich można obserwować zadowolenie z niszczenia przez Izrael politycznej konkurencji. Z drugiej strony brutalność interwencji izraelskiej oraz sił okupacyjnych radykalizują ludność i napędzają ochotników w szeregi ekstremistów. Ale ekstremiści często sami prowokują izraelskie kontrataki i wcale nie martwią się, w jakim stopniu uderzają one w niewinną ludność cywilną. Bojownicy Hamasu wyspecjalizowali się np. w wykorzystywaniu systemu tuneli, w których chowają się podczas izraelskich operacji, uderzających zbyt często w ludność cywilną. A po bitwie pojawiają się jako rzekomi obrońcy bezbronnych, przysięgając zemstę i zapraszają w swoje szeregi. Opowiadała o tych sprawach niedawno moja studentka, Amerykanka arabskiego pochodzenia, która zajmuje się doradztwem w sprawach bezpieczeństwa na obszarach palestyńskich dla Departamentu Stanu. Była bardzo zdziwiona, gdy powiedziałem, że jest to stara taktyka komunistów: od Lenina przez Tito i PPR aż do Mao.
 
  W Polsce, ponieważ Arabów popierali Sowieci i miejscowi komuniści, przyjęło się, że niepodległościowcy powinni stanąć po stronie Izraela. Był to zrozumiały sentyment zniewolonych. Teraz pole manewru się zwiększyło. O ile Warszawa chce być blisko Waszyngtonu, powinna popierać Tel Awiw. O ile przesunie się bardziej w stronę Brukseli, stosunki polsko-izraelskie powinny odzwierciedlać nastawienie Unii Europejskiej do państwa żydowskiego.
Copyright © 2009 www.internationalresearchcenter.org
Strony Internetowe webweave.pl